[ Strona główna ]

RACJE

Numer 13

LUTY 2024


Hubertus Mlynarek

JAK SIĘ RODZI FUNDAMNETALIZM



U wielu ludzi można zaobserwować fazę niepewności i poszukiwań, gdy próbują różnych sposobów i stylów życia, tworząc własne idee i sprawdzając przydatność dla siebie różnych systemów światopoglądowych, politycznych lub religijnych. Już z tego widać, jak ważne jest posiadanie fundamentu, czegoś stałego, czego można się trzymać, na czym można budować. Poszukiwanie to jest niezmiernie pozytywną cechą, gdyż póki szukamy, jesteśmy otwarci na to, co nowe. Jeśli nie zadowolimy się od razu pierwszym lepszym fundamentem i nie staniemy w miejscu, rozpoczniemy proces poszukiwania, myślenia i poznania, który z pewnością doprowadzi do pogłębienia i poszerzenia naszej świadomości.

Poszukiwanie fundamentu nie jest jeszcze fundamentalizmem. Pojawia się on dopiero wówczas, gdy przedwcześnie zaniechamy poszukiwań, gdy jakąś tezę, pogląd, formułę, przekonanie, dogmat, wartość, zjawisko czy jakiś aspekt rzeczywistości uznamy za absolutnie obowiązujący, jedynie prawdziwy, gdy uczynimy go punktem archimedesowym całej swojej egzystencji i nie będziemy w ogóle podawać go w wątpliwość, i z takiego to punktu widzenia będziemy wyłącznie, bez reszty, rozpatrywać i pojmować całą rzeczywistość. Własne myślenie i działanie, a także myślenie i działanie innych ludzi będzie zorientowane na ten ostateczny fundament jako na niepodważalną ideę przewodnią.

Na płaszczyźnie indywidualnej może to być jeszcze dość nieszkodliwe, jeśli tak fundamentalistycznie nastawiony człowiek uda się z misją do kilku sąsiadów. Sprawa wygląda jednak inaczej, gdy zjawisko to staje się masowe. Stąd też typową cechą fundamentalizmu jest ilość. Większa liczba jednostek ludzkich, zaprzysiężonych i zobowiązanych do wiary w wartości względne, przedstawiane przez przywódców lub instytucje jako coś absolutnego, bezwarunkowego, ostatecznego, niewzruszonego, wiecznego, zaczyna stanowić niebezpieczeństwo dla wszystkich pozostałych, którzy nie są skłonni zaakceptować tego fundamentu, tak „oczywistego” i „wyrazistego” dla jego zwolenników. Ów quasi absolut obowiązuje bowiem jako nieomylnie prawdziwy i jedynie zbawczy, nie stanowi więc wyłącznie prawdy poznawanej, lecz jest również prawdą i siłą uszczęśliwiającą i zbawienną. Maksyma Extra ecclesiam nulla salus (Poza Kościołem nie ma zbawienia) obowiązuje bezwzględnie w każdym prawdziwym fundamentalizmie. Poza jego granicami mogą istnieć jedynie ślepota lub upór, zamykające się na światło. Tym „Poza” są „niewierni”, których należy zwalczać. Jest to walka, z konieczności i w najwyższej perspektywie podniesiona do rangi ostatecznej walki apokaliptycznej, walka między światłem i ciemnością, dobrem i złem, niebem i piekłem, wybrańcami i potępionymi, Nowym Światem i starą erą, Nowym Ładem i starym porządkiem.

W tej walce, i tylko w niej jako „świętej wojnie”, takie ludzkie przywary jak nietolerancja, fanatyzm, zaślepienie wobec „wrogów”, zemsta, nienawiść, bezwzględność i brutalność, wola nawracania, zdobywania, a w razie konieczności nawet niszczenia, stają się cnotami. Wszak chodzi tu rzekomo o najwyższe i najświętsze wartości i zasady, o wzniosły ostateczny cel historii, dla którego osiągnięcia żadna ofiara nie jest zbyt wielka.

Typowe dla każdego fundamentalizmu jest również ekstatyczne obstawanie przy fundamentalnych aksjomatach (dogmatach) oraz arbitralne ustanawianie granic („Wolno ci myśleć stąd dotąd, w przeciwnym razie grzeszysz przeciw „Bogu” albo „Wielkiemu Wodzowi”, albo „Prorokowi”, albo przeciw „Pismu Świętemu” albo „Świętej Wspólnocie”, albo „Świętej Tradycji”, albo przeciw „Partii”” itd.) Nie istnieje więc fundamentalizm bez podstawowych zakazów myślenia, bez radykalnej nieufności i sceptycyzmu wobec innych obrazów świata i koncepcji życia oraz ich zwolenników. Autorytaryzmowi i stagnacji w myśleniu odpowiada nadmiar kaznodziejstwa, pochwała wiary w przeciwieństwie do „Dziwki rozumu” (Luter); trzeźwą analizę zastępują patos i entuzjastyczna, polemiczna, bądź prowokacyjna retoryka.

Na czele prądów czy ruchów fundamentalistycznych stoi przeważnie charyzmatyczny przywódca. Kto np. przeżył fanatyczny aplauz mas, prowadzące do omdlenia owacje zakonnic, egzaltowane dowody sympatii – również ze strony wielu niekatolickich gazet – podczas pierwszych wystąpień polskiego papieża po objęciu przezeń urzędu w 1978 roku, ten musiał zauważyć, że mieliśmy tu do czynienia z „fundamentalistyczną hipnozą”, tj. z masową tęsknotą nie znajdujących w sobie samych oparcia jednostek za duchowym przywództwem i absolutnie słuszną orientacją w kwestiach życia i wartości, uosobioną w rzekomo wybitnej osobowości. Można by tu również podejrzewać dziecięce fiksacje osób dorosłych na temat ustanawiającej sens życia przewodniej funkcji ojca jako uosobionego wcielenia społecznego super-ego w rozumieniu psychoanalizy. Te drzemiące fiksacje zaktualizowały, zaktywizowały i umożliwiły, przy nawet całkiem błahych okazjach, pojawienie się obrazu „nowego ojca” (wystarczył przyjazny gest, uśmiech papieża!).

Kult Stalina, Hitlera, Mao, kult Jezusa w ruchu Jesus People, kult Bhagwana, Rona Hubbarda (Scientology Church), kult Yogi maharadży Mahesha (medytacja transcendentalna), kult Wojtyły – podobnie jak Chomeiniego – wszystkie one były i są podporządkowane prawidłowościom fundamentalistycznym.

Należy do nich również przyjmowanie hipotezy objawienia. Masy myślące fundamentalistycznie wierzą nieświadomie, że ich charyzmatyczni przywódcy, prorocy i guru mają szczególny kontakt z „metafizycznymi głębiami” bytu, z rozmaicie pojmowaną nadnaturalnością, nadzmysłowością, nadziemskością. Niekiedy wierzą w to również sami przywódcy. Hitler nierzadko ufał znacznie bardziej swojej „wyższej” intuicji niż strategicznym wątpliwościom najwyższych rangą oficerów ze sztabu generalnego. Cała gestykulacja, język ciała, rytuał dobrze wyważonych gestów mają jednak – w intencji przywódców charyzmatycznych – przekonać masy o tym, że oni istotnie mają większy kontakt z praprzyczyną rzeczywistości niż normalny śmiertelnik, że wyłącznie oni posiadają zdolność komunikowania się ze światem nadprzyrodzonym. Sytuacja, gdy „Wielki Komunikator” Wojtyła całuje betonowe pasy startowe lotnisk, na których właśnie ląduje jego luksusowy samolot, kiedy pomimo tłumu gapiów potrafi nagle pogrążyć się w najgłębszej medytacji, świadczy o jego wielkich umiejętnościach, których rzeczywiście nikt tak łatwo nie zdoła naśladować. Czy odgrywa tu jakąś rolę kurs sztuki aktorskiej, jaki podobno przeszedł w młodości?

Wszelkie psychologiczne rozważania i fenomenologiczne analizy „objawień” potwierdzanych w historii religii prowadzą nieodmiennie do anty-fundamentalistycznego wniosku, że nie istnieje objawienie, tylko inspiracja, przeżycie oświecenia, doświadczenie katharsis o szczególnej intensywności i energii. Jeżeli jakiś człowiek czuje się opanowany przez najwyższe wyżyny, najgłębsze głębie rzeczywistości (albo tak się zachowuje), to pociąga za sobą lud, zazwyczaj przesądny w głębi duszy, i w magiczny sposób przykuwa do siebie masy, które często (z braku prawdziwej informacji) wierzą w cuda. Prawdopodobnie działa tu również syndrom praojca w rozumieniu Freuda albo archetypiczny model Wielkiego Ojca, Wielkiej Matki w rozumieniu Junga. Gandhi powiada słusznie: „Ludu nie porusza się rozumem, lecz sercem.” Co jednak zrobić, jeśli ktoś z ręką na sercu udaje? Istnieje z pewnością – nie należy temu przeczyć – prawdziwa inspiracja (przynajmniej z punktu widzenia podmiotu). Z psychologicznego punktu widzenia ktoś może żywić absolutne przekonanie, że inspiruje go sama praprzyczyna rzeczywistości. W przypadku Chomeiniego, Hitlera, Stalina, Ho Chi Minha, Mao Tsetunga, Wojtyły itd. mamy jednak z całą pewnością do czynienia z jednostkami, które wykorzystały swą rzeczywistą, bądź rzekomą inspirację, aby pozyskać sobie masy i wywierać na nie wpływ (pomiędzy inspiracją rzeczywistą a prawdziwą nie zawsze można stawiać znak równości, co znaczy, że człowiek natchniony wcale nie musiał posiąść nowych prawd).

Religia objawienia w socjologicznym związku z władzą, którą zdobywa się nad naiwnymi umysłami twierdząc, iż objawienie stało się udziałem wybrańca lub elity, prowadzi do coraz większego poszerzania rzekomo objawionych prawd. Istnienie diabłów i czarownic, dysydentów, odszczepieńców i heretyków, którzy odstępują od rzekomo objawionych prawd instytucji wiary istnienie inkwizytorskiej konieczności utrzymywania kontroli nad prawdą – wszystko to z czasem samo zostaje ogłoszone dogmatem, objawioną prawdą.

Personifikacja diabła jest całkiem osobliwym dziedzictwem fundamentalizmu judaistyczno-chrześcijańsko-islamskiego. Oto przykład z islamu: W Republice Federalnej Niemiec istnieje między innymi związana z fundamentalizmem islamskim grupa Milli Gorus, licząca około 20.000 członków. Grupa ta korzysta z nakazu tolerancji i praw zapisanych w gwarantującej wolność wyznania ustawie zasadniczej, podążając jednak wiernie i w tym punkcie za „Wielkim Wodzem” Chomeinim, uważa demokrację za „ideologię Szatana”. Są to słowa znajdującego się na pierwszej linii frontu, wydalonego z Turcji i pozbawionego jej obywatelstwa fundamentalistycznego imama Cemalettina Kaplana, który „w tym siedlisku szatana, w Kolonii, utrzymywał przez wiele lat szkołę z internatem dla dzieci tureckiej imigracji zarobkowej. Tutaj, jak pewnie w wielu popołudniowych szkołach w innych miejscowościach tego kraju, rokrocznie przyuczano tysiące dzieci, wiele z nich już od najmłodszych lat, do walki przeciw prawom człowieka, demokracji i tolerancji, za pieniądze Chomeiniego, w duchu Chomeiniego i w imię islamu.” (Thomas Meyer z Akademii Gustava Heinemanna utworzonej przez Fundację Friedricha Eberta).

Wróćmy jednak do charyzmatycznych przywódców, którzy uzurpują sobie prawo do profetycznych objawień. Rozumie się samo przez się, że taki przywódca, posiadający wiedzę z „objawionych głębi rzeczywistości”, może wymagać od swych zwolenników absolutnego posłuszeństwa, a nawet oddania, ba, całkowitej zależności, ponieważ tylko ci, którzy podporządkują się bezwarunkowo, mogą uzyskać świadomość wybrańców. Przywódca lub guru, będąc w profetyczno-mistycznej bliskości z praprzyczyną świata, dysponuje „ocalającą zasadą”. Bezwarunkowe posłuszeństwo grupy jest środkiem prowadzącym do wzięcia udziału w ocaleniu, zbawieniu. Konsekwencją tego jest – a jak widać, nawet niektórym intelektualistom i osobom na wysokich stanowiskach kierowniczych wcale nie przychodzi to z trudem – zaniechanie myślenia, to bowiem bardzo przeszkadza w dążeniu do osiągnięcia tego rodzaju zbawienia. „Wchodząc odłożyć na bok buty i rozum”, można było przeczytać napis u wejścia do aśramu w Punie. I rzeczywiście, gdy człowiek widzi, z jakim entuzjazmem niektórzy członkowie grup New Agę występują przeciw „szkodliwej intelektualizacji”, chociaż często sami nie mieli do czynienia z racjonalizmem i nauką, budzi to najwyższy lęk i napawa ogromną troską.

A przecież humanistyczna psychologia Abrahama Maslowa i transpersonalna psychologia Kena Wilbera, Stanisława Grofa i innych prezentują niekiedy trzeźwą naukową i zróżnicowaną myśl. Tyle że większość grup i zwolenników „Nowego Wieku” nie zajmuje się niestety naukowymi podstawami New Agę. Przeciwnie, na wielu kongresach i seminariach przypuszcza się ślepy i entuzjastyczny szturm na „zgubne przeintelektualizowanie” spowodowane przez naukę i racjonalizm, zaś boskie uwielbienie okazuje się nowym dogmatom serca, łona matki, niekontrolowanego przepływu czułości, wielkiego zbratania (czytaj: relacji „kumpelskich”). Wystarczy zobaczyć te oczy szeroko otwarte w ekstazie, te pełne żarliwości twarze. Wydaje się, że akceptacja i chęć wydawania pieniędzy są tym większe, im bardziej bezsensowna jest fundamentalna teza jakiegoś guru, im bardziej sprzeczna z naszą, często smutną, empiryczną rzeczywistością.

Jednakże nowi inkwizytorzy, kościelni mandatariusze sekt nie mają powodu piętnować moralnie tego przypływu datków na rzecz ruchów, błędnie nazywanych religiami młodzieżowymi. Gdyby któraś z nowych grup spirytualnych, religijnych czy pseudoreligijnych, podobnie jak każdy z dwu wielkich Kościołów w Niemczech, miała roczne dochody w wysokości ponad 8 miliardów marek (dane z 1992 r.) z samego podatku kościelnego, wtedy ceny kursów, seminariów, terapii, ćwiczeń i porad byłyby z pewnością znacznie niższe. A podkreślany chętnie przez Kościoły i ich mandatariuszy własny racjonalizm w przeciwieństwie do okultystycznego irracjonalizmu wszystkich niekościelnych ruchów spirytualnych, jest jedynie fundamentalistycznym uprzedzeniem. Chrześcijaństwo pod wieloma względami wymaga więcej irracjonalnej wiary niż próbuje tego żądać większość grup New Agę od swoich członków (przy czym ci ostatni właściwie nigdy nie mówią o wierze, lecz o wiedzy wyższej).

Jestem też świadom, że termin New Age nie oddaje precyzyjnie celów licznych nowych ruchów spirytualnych czy religijnych. Fritjof Capra, jeden z ojców ruchu New Age, powiedział wiele lat temu, że nie może już słuchać tego określenia. Kościoły uznawane za oficjalne wydają się przede wszystkim zaszokowane faktem, że nie potrafią wykorzystać po swojej myśli nowych religijnych i pseudoreligijnych energii i że nowy „renesans wiary” odbywa się poza ich biurokratycznie i bezdusznie zarządzanymi, zakrzepłymi i zaskorupiałymi strukturami. Pewnie dlatego szukają kontaktu i nowego „Wielkiego Przymierza” z fundamentalistycznym islamem, który emanuje niezwykle „imponującą siłą wiary”, a także jest w znacznie większym stopniu zgodny z nimi pod względem treści. Tak więc w oświadczeniu Niemieckiej Konferencji Biskupów w sprawie wojny w Zatoce Perskiej czytamy: „Prosimy żydów, chrześcijan i muzułmanów, by we wspólnym świadczeniu o jednym Bogu (...) popierali i ułatwiali zawarcie pokoju w tym regionie.”

W tej strategicznej intencji sprzymierzenia się z islamem można zobaczyć (niewidoczny poza tym) konsensus Kościoła uznanego za oficjalny z liberalnymi, krytycznymi czy postępowymi teologami. Sam Hans Kung, sztandarowy przedstawiciel katolicyzmu liberalno-krytycznego, zbadał możliwość zbliżenia chrześcijańsko-islamskiego, odwiedzając wielkiego wodza Chomeiniego, który jest klasycznym przykładem radykalnego i totalnego fundamentalisty!

Wierni w Europie Zachodniej odchodzą od Kościołów. Stąd to nieco zazdrosne, przede wszystkim jednak tęskne spojrzenie na islam, w którym masy ciągle jeszcze niewzruszenie wierzą w Allacha i jego proroka. Masy to dla katolicyzmu, dla Watykanu, zawsze władza. Katolicyzm nie chce i nie może zachowywać się inaczej: musi być Kościołem dla ludu, dla mas! Stąd też jego, wspomniana w pierwszym rozdziale, specyficzna, wroga środowisku naturalnemu polityka zaludnienia z absolutnym zakazem wszelkiej „sztucznej regulacji urodzin”.

Powiedziałem na wstępie, że fundamentalizm rodzi się, gdy człowiek zbyt szybko zatrzyma się przy jednym poglądzie, jednym przekonaniu, jednej tezie, jednym obrazie świata i uzna je za szczyt doskonałości (non plus ultra), za wieczną, niewzruszoną, niezmienną, stałą podstawę nie tylko własnej egzystencji, lecz także życia innych ludzi. Należy wobec tego zadać sobie kolejne pytanie: dlaczego wielu ludzi staje w miejscu, tworząc sobie własny, sztywny, fundamentalistyczny system albo przyłącza się do fundamentalistycznych grup i ideologii? Przypuszczalnie wiąże się to z tym, że każdy z nas poszukuje bazy czy fundamentu, na którym mógłby się oprzeć, który dawałby mu wrażenie sensowności świata i życia oraz poczucie bezpieczeństwa. Pragnęlibyśmy także posiąść prawdę, wyrastającą ponad wszelkie wątpliwości, wartość, która by nas całych przepełniała i uszczęśliwiała, pragnęlibyśmy być we wspólnocie, która w pełni uznaje naszą własną wartość, wspiera ją, i z którą my – wspólnie – możemy kroczyć ku zbawieniu.

Wszystko to są uzasadnione życzenia, tęsknoty, tendencje. Łatwo zatem ściągamy na siebie podejrzenie o skłonności negatywno-destrukcyjne, twierdząc, iż wszystkie te cele – absolutna prawda, absolutna wartość, absolutne szczęście, doskonała wspólnota, absolutny sens życia, najwyższa miłość i bezpieczeństwo – choć warte dążenia, są z pewnością nieosiągalne. Aby zaś osiągnąć na tym świecie dojrzałość, człowiek musi dojść do przekonania, że rzeczywistość, życie, własne istnienie, myślenie, poznanie, doświadczanie i postępowanie etyczne to niekończący się proces, w którym możemy osiągnąć co najwyżej prawdy cząstkowe, wartości cząstkowe, niepełne szczęście, chwilowe bezpieczeństwo, prowizoryczny sens, a więc zawsze tylko coś względnego i połowicznego.

Trudno czasem pogodzić się z myślą, że nasze poznanie nigdy nie będzie pełne. Rzeczywistość bowiem, a w gruncie rzeczy każdy jej element, jest zbyt wielopostaciowa. Wszystko, co istnieje, można w nieskończoność podważać. Wydaje się, że nasza niewiedza będzie zawsze nieskończenie większa niż dotychczas zdobyta wiedza. Potwierdza to historia nowoczesnej fizyki. Fizycy klasyczni byli przekonani, że stoją u progu ostatecznego rozwiązania wszystkich zagadek świata. Współczesna fizyka atomowa natomiast odsłania przed nami świat otwarty i nieograniczony, nie do końca określony i niedefiniowalny w sposób absolutny.

Erwin Schrodinger, jeden z wielkich fizyków XX wieku, ostrzegał kategorycznie, abyśmy nie oczekiwali od stworzonego przez siebie modelu rzeczywistości, by jej sprostał: „Możemy sobie ją [rzeczywistość] wyobrażać, bez względu jednak na to, jakie będzie nasze wyobrażenie, okaże się ono fałszywe. Może nie do końca tak bezsensowne jak „trójkątne koło”, lecz z pewnością znacznie bardziej bezsensowne niż „uskrzydlony lew”.”

Zarówno w kurczowym trzymaniu się modelu rzeczywistości, jaki sobie stworzyliśmy, jak i w lenistwie, które nie pozwala się z nim rozstać i wyruszyć ku nowym brzegom poznania, pojawiają się również elementy myślenia fundamentalistycznego. Już sam ludzki umysł jest tak złożony, że nie ma prawie nadziei na całkowite zrozumienie jego funkcji.

Powyższe słowa nie powinny skłaniać do rezygnacji, która często bywa odwrotną stroną i tłem fundamentalizmu. Jakoś jednak podświadomie czujemy, że świat jest bardziej złożony i chaotyczny, poznanie bardziej problematyczne, a historia i tradycja własnej religii czy światopoglądu winny być postrzegane bardziej krytycznie, niż to sobie wyobrażaliśmy. Toteż uparcie lub fanatycznie przeciwstawiamy się temu i budujemy własny fundamentalny dogmatyzm, aby raz na zawsze wyeliminować wszystkie dalsze pytania, wszelką krytykę.

W ten właśnie sposób powstał pierwszy wariant nowożytnego fundamentalizmu, protestantyzm północnoamerykański, będący przekorną reakcją na zwycięski pochód nauk przyrodniczych i historycznych w XIX wieku, na postępującą krytykę Biblii oraz demitologizację Starego i Nowego Testamentu. Wszystko zdawało się chwiać, istniało niebezpieczeństwo, że całe chrześcijaństwo straci grunt pod nogami. Wówczas to, w roku 1910, pewien bogaty wierny zaczął finansować pismo, które ukazywało się pod tytułem „The Fundamentals” (Podstawowe zasady) i było rozpowszechniane w wielomilionowych nakładach. Identyfikowało się z nim jedno z większych ugrupowań protestantów północnoamerykańskich.

Groźbie powszechnego rozkładu chrześcijańskich prawd wiary przeciwstawiało ono następujące fundamentalis:

1. Biblia jest absolutnym, niepodważalnym fundamentem wiary chrześcijańskiej, jest wolna od wszelkich historycznych uwarunkowań, bezbłędna, w dosłownym sensie nieomylna. Jest przekazanym słowem Boga, którego nie należy traktować symbolicznie, lecz dosłownie; 2. wszystkie nowoczesne nauki, filozofia i teologia, jeśli zaprzeczają wierze w Biblię, są nieważne; 3. należy wierzyć w grzeszność świata wobec bliskiego nadejścia Chrystusa i w nieodzowność osobistego nawrócenia się, a także w: 4. cielesne zmartwychwstanie człowieka; 5. ofiarę za grzechy ludzi i fizyczny powrót Jezusa Chrystusa oraz wyrażać 6. przekonanie, że prawdziwe chrześcijaństwo polega na bezwzględnym uznawaniu tych podstawowych pryncypiów.

Wbrew twierdzeniom wszystkich fundamentalizmów, a nie tylko tego scharakteryzowanego powyżej, trzeba powiedzieć, że w końcu każdy człowiek musi dojść do wniosku, iż nie istnieje żaden inny sens, poza tym, który sami sobie tworzymy. Być może jest jakiś nadrzędny sens, ostateczna harmonia i symfonia wszystkich poszczególnych elementów i melodii gdzieś na końcu wszelkich procesów odbywających się w świecie rzeczywistym. Jest on jednak niepoznawalny, a kto twierdzi, że nieomylnie go poznał, kłamie w najbardziej fundamentalny sposób. Ponieważ zaś sens nadrzędny, nie ustanowiony przez nas samych, nie jest poznawalny, musimy rzeczywiście postępować tak, jakby go nie było.

Zrozumiał to i zaakceptował stracony przez nazistów teolog ewangelicki Dietrich Bonhoeffer: musimy, powiedział, tak żyć i działać na tym świecie, jakby nie było Boga („etsi Deus non daretur”). Także ateista Jean-Paul Sartre zgadza się z nim, oświadczając: nie o to chodzi, czy Bóg jest, czy go nie ma. Nawet gdyby istniał, nic by to nie zmieniło w naszej condition humaine. Tak czy owak, musimy kształtować świat zupełnie sami, reżyserując go z właściwą sobie swobodą.

Poznawczą tragedią czy też rozterką, rozdarciem człowieka możemy nazwać jego tendencję do zgłębiania spraw metafizycznych, których jednak nigdy nie uda mu się rozszyfrować i odsłonić w sposób obowiązujący i ostateczny, bezbłędnie i nieomylnie. Ale musimy z tym żyć, musimy to zaakceptować, w przeciwnym bowiem razie niemożliwy staje się wszelki postęp w sferze świadomości i poznania.

W gruncie rzeczy określamy się ciągle na nowo, aby w ogóle móc działać. Równocześnie jednak powinniśmy być gotowi do przekraczania ustanowionych dla siebie zasad na rzecz nowych fundamentów, jeżeli wymagają tego nowe sytuacje i poszerzanie horyzontów własnej świadomości.

Weźmy choćby pod uwagę naszą sytuację polityczną. Jest ona przesycona fundamentalnymi kłamstwami, które należy przeniknąć i przezwyciężyć. „Fundamentalne kłamstwo partii politycznych noszących imię Chrystusa zwie się chrześcijaństwem; kłamstwo socjaldemokratów – socjalizmem; komunistów – dyktaturą proletariatu; liberałów – wolnością dla wszystkich; kłamstwo zaś tych, dla których nie istnieje sprzeczność pomiędzy państwem prawa a kapitalizmem, nazywa się równością wobec prawa itd. Ponieważ z kolei wszyscy uważają się za demokratów, a demokracja oznaczała kiedyś władzę ludu, demokracja jest również nazwą dominującego, fundamentalnego kłamstwa całego systemu, które cynicznie pozwala przemilczeć fakt, że władza jest zasadniczo sprawowana przez całkiem inne siły niż lud” (Arnold Kunzli).

Do tego dochodzi jeszcze „fundamentalne kłamstwo chrześcijaństwa”: wielu ludzi w naszych szerokościach geograficznych uważa się za chrześcijan, Europa i Ameryka nazywają siebie chrześcijańskimi częściami świata. Ale nigdzie nie widać tego, co „charakterystyczne dla chrześcijaństwa”, co „w chrześcijaństwie lepsze” w porównaniu z innymi kontynentami i światopoglądami. Dokładniejsza analiza, mówi Erich Fromm, wykazuje, „że nawrócenie Europy na chrześcijaństwo pozostało w znacznej mierze powierzchowne (...), że pod płaszczykiem religii chrześcijańskiej ukrywała się i ciągle ukrywa ludzka chciwość (...), że za fasadą chrześcijaństwa powstała nowa tajna religia – religia industrialna”. (Fromm przyznaje jednak, że są od tego wyjątki: „istnieje wiele ruchów prawdziwie chrześcijańskich”.)

Między licznymi totalnymi kłamstwami społeczno-politycznymi, z którymi ciągle się spotykamy, dochodzi do zaciętej walki konkurencyjnej. Ale milcząca większość, oddająca się konsumpcji i uciechom, zachowuje się tak, jakby wszystko to jej wcale nie obchodziło. „Jeżeli ceną za przyjemności, których system dostarcza nam bez liku, jest poddanie się cynicznej władzy totalnego kłamstwa, nazbyt chętnie udajemy niewolników systemu i pozwalamy, by materialnymi przywilejami (ulgami) uciszano nasze frustracje (...) prowokowane przez deficyty systemu. Otrzymujemy wówczas zamiast rewolucji kulturalnej dalszy rozrost politycznego i moralnego zatracenia orientacji w dobrobycie” (A. Kunzli).

Wydaje się więc, że zawsze będą istniały dwie przeciwstawne klasy: wierząca (w najszerszym sensie tego słowa) większość i myśląca mniejszość. Nie znaczy to, że ludzie myślący nie wierzą. Wierzą, ale ich wiara jest hipotetyczna, prowizoryczna, tymczasowa. Są zatem gotowi porzucić nawet ukochane hipotezy i teorie, w które niekiedy bardzo długo wierzyli (np. w nauce), jeżeli zostaną one obalone przez nowe fakty, zjawiska, eksperymenty.

Życie ludzi nie przywiązujących się do żadnego stałego fundamentu jest w jakimś sensie życiem „w śniegu i lodzie” (F. Nietzsche). Wielu wzdraga się przed nim, rzucając się chętniej w objęcia jakiegokolwiek fundamentalizmu, i przysysa się do niego niczym do matczynej piersi. Być może dlatego wyglądają oni często na takich szczęśliwych, natchnionych, promiennych, ponieważ czerpią pozorną moc z wiary jako wiecznej, nieomylnej, uszczęśliwiającej i dającej ostateczną pewność prawdy o zbawieniu. Co innego z niedowiarkami, trzeźwymi realistami, pesymistami i sceptykami. Fundamentaliście prezentującemu ślepy optymizm z łatwością przychodzi więc wywyższać się ponad nich, wyobrażać sobie, że jest od nich lepszy, zniesławiać ich jako propagatorów destrukcji i rozkładu, jako dysydentów, heretyków, renegatów czy odszczepieńców.

Nie chcę twierdzić, że każda wspólnota ofiarująca ciepło musi być z zasady fundamentalistyczna i jako taką należy ją odrzucić. „Być może jakaś wspólnota ludzi, którzy nie są gotowi złożyć swego subiektywnego, autonomicznego rozumu na ołtarzu jakiegoś fundamentalizmu, lecz wybierają trudną drogę dialogu prowadzącą ku dojrzałości, potrafi ułatwić pewną orientację i bezpieczeństwo. Bezpieczeństwo nie oznacza wszak pewności, lecz doświadczenie solidarności i ludzkiego ciepła, które pozwala nam znieść bez cierpienia wiedzę o naszej ostatecznej niepewności.” Autor tych słów, Arnold Kunzli, przyznaje jednak, że „tego rodzaju filozoficzne natury należą do rzadkości nawet wśród zawodowych filozofów”.

Muszę tu dodać z własnego doświadczenia, że spotkałem w swoim życiu wielu mądrych profesorów filozofii, uchodzących za wysoce obiektywnych, a bojaźliwie wystrzegających się głoszenia tez, które mogłyby im przysporzyć kłopotów ze strony Kościoła. Niezależnie jednak od tego, czy jakaś wspólnota potrafi nam zapewnić bezpieczeństwo, czy nie, w alternatywie „fundamentalizm lub dojrzałość i wolność myślenia” chodzi o godność ludzkiego życia. Słusznie mówi Schopenhauer: „Uwolnić człowieka od błędu, znaczy dawać, a nie odbierać. Wiedza o tym, że coś jest błędne, jest prawdą. Błąd zawsze szkodzi: Wcześniej czy później przyniesie on straty temu, kto go popełnia.” Podobnie Albert Schweitzer, geniusz ludzkości: „Jeżeli myślenie ma bez przeszkód wyruszyć w podróż, musi być przygotowane na wszystko, nawet na to, że dotrze do intelektualnego agnostycyzmu (...) Takie bolesne rozczarowanie będzie dla niego mimo wszystko lepsze niż uporczywe wzdraganie się przed przemyśleniem własnego stanowiska.”

Nawet jeśli rozum domaga się radykalnie antyfundamentalistycznej postawy intelektualnej, nie oznacza to tym samym, iż mamy odrzucić „zasadę nadziei”. Już antyczny filozof Seneka wiedział, jakie motto można by dać wszystkim antyfundamentalistycznym usiłowaniom poznawczym: „Nigdy nie powątpiewaj bez nadziei; nie miej nigdy nadziei bez zwątpienia.” Wątpienie koryguje nadmierną nadzieję, nadzieja uskrzydla wątpiącą myśl. W każdym razie przygoda poznawcza – jak i ryzyko poznania – jest wypłynięciem na szerokie, otwarte morze rzeczywistości w nas i wokół nas, możliwym i atrakcyjnym jedynie pod warunkiem przyjęcia antyfundamentalistycznej postawy intelektualnej i wolitywnej. Fundamentalistycznej zasadzie ślepej, statycznie zamkniętej w sobie wiary antyfundamentalizm przeciwstawia zasadę „otwartości i krytycznej ufności”; stagnacji przeciwstawia proces. Albowiem doskonały spokój przynosi jedynie tępota lub tępa wegetacja, albo też fanatyczne, nietknięte zwątpieniem, bezmyślne zaangażowanie!



Tekst jest rozdziałem książki pt. „Zakaz myślenia”, wydawnictwo Uraeus, Gdynia 1996r.




Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"