[ Strona główna ]

RACJE

Numer 13

LUTY 2024


Mathew Sharp

DEMOKRACJA W ROZKŁADZIE



Czy kapitalizm potrzebuje demokracji? Nie ma wątpliwości, że stworzył demokrację taką jaką znamy. System oparty na transakcjach rynkowych potrzebuje państwa stojącego ponad rynkiem i poza nim oraz konstytucji, która zmusza państwo do przestrzegania prawa. Potrzebuje rozwiązania, dzięki któremu można przedłożyć interes ogółu przedsiębiorstw nad interesem poszczególnych przedsiębiorstw, na przykład poprzez podatki i regulacje prawne. Potrzebuje mechanizmu rozstrzygania sporów powstałych w wyniku konkurowania przedsiębiorstw. A ponieważ opiera się na dobrowolnym udziale pracowników i konsumentów, a nie niewolników i pracowników najemnych, potrzebuje ich zgody, co z kolei oznacza, że musi wyznaczyć granice tego, co może zrobić swoim obywatelom.

To właśnie te praktyczne względy popchnęły tworząca się klasę przemysłowców w XVIII i XIX wieku do zorganizowania demokratycznych rewolucji i rozwinięcia liberalnej koncepcji demokracji. Jednak urzeczywistnienie większości kluczowych postulatów, które dziś kojarzymy z demokracją – wolnych wyborów, powszechnego prawa wyborczego, praw człowieka, wolności słowa, jednakowego dla wszystkich systemu prawnego, oraz prawa do zrzeszania się i tworzenia partii politycznych – spotkało się w pewnym momencie z oporem kapitalistów - w imię ochrony własnych interesów.

Prawo do głosowania zostało niechętnie przyznane kobietom, osobom kolorowym i klasie robotniczej dopiero po wielu latach walki. Niewolnikom i rdzennym poddanym zamieszkującym kolonie całkowicie odmówiono obywatelstwa (a nawet statusu człowieka). Jednak poparcie dla praw demokratycznych było tak wielkie, a walki pozaparlamentarne tak gwałtowne, że udało się wywalczyć równe [rawa dla wszystkich, przynajmniej formalnie.

Ale czy kapitalizm musi sprzyjać demokracji? Najlepszym sposobem, aby odpowiedzieć na to pytanie jest zwrócenie się ku historii, która pokazuje, że pewne modele kapitalizmu tworzą określone typy demokracji. Modelem kapitalizmu, który stworzył najbardziej stabilną, głęboko zakorzenioną demokrację – choć tylko w krajach rozwiniętych – był państwowy kapitalizm opiekuńczy, który pojawił się po 1945 roku. Pojawił się, ponieważ liberalizm po raz pierwszy stanął w obliczu swojego prawdziwego wroga, którym nie był socjalizm, ale faszyzm. Mimo wszystkich swoich wad i niepowodzeń wiele rządów powstałych po 1945 r. było prawdziwie demokratyczne i antyfaszystowskie.

Zainspirowani pismami liberalnego politologa Karla Loewensteina, który wzywał do utworzenia „wojujących demokracji” w celu stłumienia faszyzmu, alianci opracowali konstytucje Niemiec, Austrii i Japonii, aby zapobiec jego ponownemu pojawieniu się. Wiele innych powojennych konstytucji zostało zmienionych tak, by uniknąć losu, jaki spotkał Republikę Weimarską, wraz z przepisami zakazującymi działalności partii i bojówek nawołujących do przemocy, ograniczającymi mowę nienawiści i utrwalającymi monopol państwa na stosowanie siły.

Po 1945 roku sama definicja demokracji zaczęła obracać się wokół pojęcia partii. Demokracja, stwierdził wpływowy myśliciel Joseph Schumpeter, to „konkurencyjna walka o głosy ludu” prowadzona przez profesjonalnie zarządzane partie, działające zgodnie z konstytucją. Umożliwiając walkę idei, system zinstytucjonalizował walkę klas: partie konserwatywne, liberalne, socjalistyczne i komunistyczne mogły współistnieć i wszystkie były – przynajmniej formalnie – postrzegane jako równoprawne.

Z kolei epoka neoliberalna pozbawiła siły demokrację partyjną. Choć zapewniła postęp w zakresie praw człowieka i praworządności, w praktyce zaatakowała „władzę decydowania w drodze konkurencji” dwiema metodami: czystką wewnątrzpartyjną i traktatami międzynarodowymi.

Margaret Thatcher powiedziała kiedyś, że jej największym osiągnięciem był „Tony Blair i New Labour: zmusiliśmy naszych przeciwników do zmiany zdania”. W Wielkiej Brytanii i gdzie indziej, począwszy od lat 70. XX wieku, elity wykorzystywały możliwości, jakie dawało im państwo, aby oczyścić wszystkie partie polityczne, które stawiały jeszcze opór rewolucji wolnorynkowej. Pieniądze korporacji, propaganda mediów, zorganizowane polowania na „czarownice| zostały wykorzystane do marginalizacji krytyków neoliberalizmu.

Drugi atak na demokrację konkurencyjną nastąpił za pośrednictwem ponadnarodowych praw i obowiązków, które ograniczały możliwości podejmowania decyzji przez parlamenty narodowe. Podstawą globalizacji było utworzenie Jednolitego Rynku Europejskiego w 1986 r. i NAFTA w 1993 r., które nałożyły ponadnarodowe ograniczenia na politykę gospodarczą w Europie i Ameryce Północnej. Do tego doszły Porozumienia Bazylejskie (1988), które nałożyły globalne restrykcje na rynki finansowe. Traktat TRIPS (1994) zmusił świat do przestrzegania amerykańskiego prawa dotyczącego własności intelektualnej. Utworzenie Światowej Organizacji Handlu w 1995 r., które zdelegalizowało socjalistyczną politykę gospodarczą, dopełniło dzieła. Na podstawie tych traktatów neoliberalizm zbudował mur chroniący go przed wyzwaniami demokracji.

Była jednak dobra strona tej sytuacji. Gdy antykapitalizm stał się już niemożliwy, kwestie takie jak prawa gejów, prawa kobiet i prawa mniejszości etnicznych – za którymi opowiadała się lewica – można było potraktować jako wyzwania niesystemowe. Zatem zarówno prawnie, jak i faktycznie, demokratyczne prawa obywateli zostały rozszerzone. Na przykład Wielka Brytania ma ustawę o prawach człowieka i Sąd Najwyższy, dzięki którym obywatele mogą kwestionować działania aparatu bezpieczeństwa państwa, a nowe przepisy zmusiły policję do zaprzestania wymuszania zeznań od podejrzanych. BBC przestała formalnie odrzucać podania o pracę ze względu na „skłonności wywrotowe”, a sąd naprawił liczne historyczne niesprawiedliwości.

Neoliberalizm stworzył „powierzchowną” demokrację – z rozszerzonymi prawami jednostki, systemem partyjnym pozbawionym realnych alternatyw, parlamentami ograniczonymi zobowiązaniami wynikającymi z traktatów gospodarczych i coraz lepiej uzbrojoną policją, by mogła sobie radzić sobie z wybuchami niepokojów społecznych.

Jaki rodzaj demokracji tworzy współczesny neoliberalizm? Jaki rodzaj demokracji wyłania się z systemu, w którym bank centralny jest motorem wzrostu, a nie regulatorem rynku; gdzie sieci cyfrowe stały się maszynami do kontroli zachowań i gdzie gigantyczne monopole technologiczne mogą dowolnie lekceważyć przepisy? Czy taki kapitalizm w ogóle potrzebuje demokracji?

W latach dwudziestych XX wieku to pytanie zadawano na całym świecie i łatwo zrozumieć, dlaczego: kraj, który prosperował najlepiej od kryzysu w 2008 r., jest krajem najmniej demokratycznym. Chiny nie mają partii niezależnych od państwa; nie mają niezależnego ruchu robotniczego; nie mają niezależnego sądownictwa; nie mają wolnej prasy; nie mają prawa do zrzeszania się, a partia rządząca odrzuca samą koncepcję uniwersalnych praw człowieka. Podobnie jak Carl Schmitt, władcy Chin są zatwardziałymi wrogami liberalnej demokracji. Tymczasem krajem, który napędza proces dezintegracji – zarówno kultury demokratycznej, jak i wielostronnego porządku światowego są Stany Zjednoczone - najstarsza demokratyczna republika na świecie.

Chciałbym, żebyśmy ocalili liberalną demokrację, pomimo wszystkich jej wad i słabych stron. Nie tylko zapewnia ona robotnikom i grupom wykluczonym przestrzeń do organizowania się, ale jest przez nas, ludzi, ukształtowana przez dwa stulecia walki. Jeśli uda nam się ją uratować, powinniśmy ją jednak ulepszyć. Stoimy dziś przed najpoważniejszym wyzwaniem od lat trzydziestych XX wieku.

Kiedy autorytarni nacjonaliści – Trump, Orbán, Modi, Bolsonaro, Erdoğan i Johnson – zerwali z globalistycznym konsensusem w 2010 roku, logicznie rzecz biorąc, musieli zaostrzyć atak na demokrację zapoczątkowany przez neoliberalizm: manipulować systemami wyborczymi, upolityczniać sądownictwo i delegitymizować swoich przeciwników. Zaczęli na nowo definiować demokrację w kategoriach wyraźnie populistycznych jako „wolę ludu”, która powinna mieć pierwszeństwo przed mechanizmami kontroli i równowagi państwa konstytucyjnego. Choć Trumpa już (tymczasem?) nie ma, jego czteroletnia kadencja to podręcznik dla polityków, którzy chcą funkcjonować w szarej strefie między populizmem a faszyzmem i pewne jest, że w przyszłości skorzystają z tego inni.

Odpowiedzią liberalizmu było potraktowanie takiego rozwoju sytuacji jako tymczasowej dysfunkcji. Terminy „odstępstwo”, „nadużycie”, „upadek demokracji” i „erozja” weszły do nauk politycznych. Choć dokładnie opisują regres, nie dostrzegają w pełni jego przyczyn. Uznawszy liberalną demokrację za normę i założywszy, że ludzkość zmierza w jej kierunku i jest to ruch w jedną stronę (choć droga jest wyboista), liberalni filozofowie polityczni potraktowali pojawienie się „demokracji nieliberalnej” tylko jako usterkę w systemie.

Ich sposobem na naprawę jest „grzebanie” w systemie. Amerykańscy prawnicy Tom Ginsburg i Aziz Huq proponują szereg reform „subkonstytucyjnych”, które polegałyby na skierowaniu demokracji w stronę modelu parlamentarnego, ograniczeniu uprawnień prezydenta, wzmocnieniu sądownictwa lub przyjęciu międzynarodowych traktatów dotyczących praw człowieka w celu związania rąk władzy wykonawczej.

Profesorowie Harvardu, Steven Levitsky i Daniel Zitblatt, upatrują przyczyn załamania demokracji w erozji „norm”. Skarżą się, że rywalizujący ze sobą politycy, którzy kiedyś stukali się kuflami piwa w wiejskim klubie, teraz w telewizji nazywają się terrorystami. Proponowanym przez nich rozwiązaniem jest nakłonienie polityków do przestrzegania starych zasad, i zachowanie powściągliwości zarówno w wypowiedziach, jak i rządzeniu.

Yascha Mounk, niemiecko-amerykański politolog, ma bardziej radykalną propozycję: bronić uniwersalnych praw i koncepcji wieloetnicznego społeczeństwa poprzez redystrybucję bogactwa, kontrolę mediów społecznościowych i przywrócenie części autonomii narodowej państwom, których polityka gospodarcza jest spętana traktatami handlowymi.

W obliczu tej lawiny liberalnych planów ratowania demokracji pozostaje nam pytanie: jak? Redystrybucja bogactwa? Jasne. Jednak przechwycenie władzy przez neoliberalnych nacjonalistów miało na celu zapobieżenie redystrybucji bogactwa. Zmiany w konstytucji na mikro poziomie? Autorytarna prawica stała się ekspertem w manipulowaniu prawem konstytucyjnym i manipulowaniu granicami wyborczymi w celu umocnienia swojej władzy. Jednym z przykładów jest mianowanie przez Trumpa ponad 300 prawicowych sędziów; podobnie jest w Turcji z masowymi zwolnieniami sędziów przez Erdoğana, więzieniem obrońców praw człowieka i zakazem działalności lewicowej partii opozycyjnej HDP.

Jeśli zaś chodzi o powrót do norm demokratycznego konsensusu i powściągliwości, to zachowania takie byłyby możliwe, gdyby nie było fundamentalnych sporów. W obliczu podziału elit wielu krajów na skrzydła liberalne, globalistyczne i autorytarne, nacjonalistyczne, zagrożone są wartości podstawowe. Na przykład pod rządami Trumpa Partia Republikańska radykalizowała się na każdym poziomie, posługując się skrajną retoryką, otwartym fałszowaniem głosów i łamaniem prawa. Jest mało prawdopodobne, aby dało się to łatwo odwrócić albp złagpdzić

Tym, co uderza w literaturze poświęconej „obronie demokracji”, wychodzącej spod pióra prawników, jest niedostrzeganie ekonomicznych i technologicznych przyczyn kryzysu. Nie ma w niej też pomysłu na żadną realistyczną formę walki o osiągnięcie pożądanych reform. Przeciwnie, jak w przypadku Lewickiego i Zitblatta, przeważają ostrzeżenia przez próbami takiej walki. Liberalizm w czasach ostrego kryzysu stał się linią produkcyjną dobrych pomysłów na to, co zrobić, gdy kryzys minie.

Nieliberalne „demokracje” w Turcji, Rosji, na Węgrzech, w Indiach, Izraelu i Brazylii przetrwają bez Trumpa. Każdy z tych reżimów utrzymuje władzę, ponieważ ludzie go wybrali, tolerowali i wzruszali ramionami na widok nędzy i niesprawiedliwości, jakie wyrządził. Stojąc przed demokratycznym wyzwaniem w latach 20. XXI wieku, z pewnością uciekną się do taktyki przyjętej przez Trumpa między porażką w wyborach a zamieszkami na Kapitolu.

Pojawienie się demokracji nieliberalnej w wielu krajach jednocześnie nie jest „wypadkiem przy pracy”. Jest to immanentna cecha współcześnego systemu gospodarczego. Jest to próba przetrwania współczesnej mutacji kapitalizmu w obliczu strategicznych zagrożeń, z których kluczowym jest zmiana klimatu.






Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"