Sycylia - Galeria śmierci

O istnieniu katakumb w Palermo dowiedziałem się ze szkicu Jana Parandowskiego. Tych kilka kartek, napisanych w roku 1926, daje obraz tak sugestywny, że wybierając się na Sycylię, wiedziałem już, że muszę odwiedzić klasztor kapucynów, którego podziemia kryją niezwykłą galerię zmarłych - nie pochowanych. Convento dei Cappuccini z zewnątrz nie zapowiada niczym swoich osobliwości. Zwykłe, nowoczesne ulice, które prowadzą do niego, raczej rozpraszają myśli niż nastrajają do refleksji o kruchości ludzkiej egzystencji. Mnich sprzedający bilety jest w większym stopniu wysłannikiem świata turystycznej komercji niż ponurym Charonem, prowadzącym do świata zmarłych. Dopiero po zstąpieniu ciemnym korytarzem do sklepionych piwnic, wypełnionych chłodem i ośmioma tysiącami zmarłych, zapomina się o słonecznym górnym świecie. Nie jest to miejsce, którego zwiedzanie można by zalecać osobom wrażliwym, a i sami mieszkańcy Palermo unikają chlubienia się nim jako turystyczną atrakcją. Tak było już ponad sto lat temu, kiedy na wiosnę roku 1885 przyjechał tu Guy de Maupassant. Dowiedział się o istnieniu katakumb z fotografii przedstawiającej podziemie pełne zmarłych. Kiedy jednak pytał o nie mieszkańców, odpowiadali mu z niesmakiem, próbując zniechęcić do wizyty w tak niestosownym miejscu: „Proszę nie oglądać tego okropieństwa. To coś strasznego, dzikiego, co na szczęście niedługo zniknie. Zresztą od kilku lat nie umieszcza się tam już zmarłych”1). Wbrew owym zapewnieniom „okropieństwo” to wcale nie znikło. Utrzymano tylko ów, wydany w czasach Maupassanta, zakaz dalszych pochówków (o ile słowem „pochówek” można posłużyć się na określenie umieszczenia w podziemiu nieboszczyka, który wcale nie został ukryty przed oczami żyjących). Zakaz ten zresztą bywał później łamany.

Mumie z cudownej ziemi

Wróćmy jednak do relacji francuskiego pisarza. Odniósł on wrażenie, że większość Sycylijczyków odczuwa zabobonny strach na samą myśl o katakumbach. Pytał jednak wytrwale i zdołał dowiedzieć się rzeczy następującej: „Ziemia, na której został zbudowany klasztor, ma szczególne właściwości przyśpieszania rozkładu ciała do tego stopnia, że w ciągu roku na kościach nie zostaje nic, najwyżej nieco skóry czarnej, wysuszonej i przyklejonej, która zachowuje jednak włosy na brodzie i policzkach”. Maupassant został wprowadzony w błąd, chociaż być może współcześni mu mieszkańcy Palermo wierzyli szczerze w niezwykłe właściwości klasztornej ziemi. Ziemia ta nie wpływa bowiem zupełnie na to, co dzieje się z trupami. Legenda o jej działaniu powstała po tym, jak znaleziono tu nietknięte ciała pierwszych braci, pochowanych pod koniec XVI wieku. Proces naturalnej mumifikacji, wspomagany tylko nieznacznie przez człowieka, polegał na tym, że zmarłych zamurowywano na rok w wykutych w skale wnękach. Brak powietrza spowalniał proces rozkładu, a ciało zasuszało się wokół kości.

Samofinansujący się nieboszczyk

Maupassantowi opowiedziano, że zmarłych zamurowuje się na rok w kryptach mieszczących po osiem do dziesięciu trumien, po czym - jak napisał - wyciąga się przerażającą mumię, jakby skręconą w konwulsjach, która wydaje się wyć, nękana srogimi bólami. Potem zawiesza się ją w jednej z galerii, gdzie czasem przychodzi ją odwiedzać rodzina. Ci, którzy chcieli być zakonserwowani tą metodą, prosili o to przed śmiercią. Dzięki temu pozostaną już na zawsze wpisani w ciemne łuki katakumb, jak przedmioty przechowywane w muzeum. Krewni wnosili za „konserwację” nieboszczyka roczną opłatę. W wypadku jej zaniechania miał on być pochowany w zwykły sposób. Z czasem jednak owych mumii zrobiło się tyle, że pochowanie wszystkich, o których zapomnieli żyjący, wymagałoby ogromnej pracy - tym mniej opłacalnej, że sami zmarli, nawet ci zapomniani, zaczęli niejako zarabiać na siebie. Katakumby zaczęły ściągać coraz większe rzesze turystów gotowych płacić za osobliwą przyjemność ich oglądania. Długie galerie, zwane tu - w zależności od kategorii zmarłych - korytarzami mężczyzn, kobiet, profesjonalistów, kapłanów i braci, zawierają ustawione gęsto w szeregu szkielety zmarłych. Kiedy nie starczyło już miejsca pod ścianami na ziemi, zaczęto przymocowywać następne rzędy zmarłych do ścian - ponad poprzednimi. Ich stopy wspierają się na półkach biegnących na wysokości czerepów poprzedników. W ten sposób tworzą oni upiorne piętro, przywodzące na myśl groteskowe wiszące manekiny. Są też w ścianach piętrowe półki, na których zmarli leżą jeden nad drugim, nieraz po kilkunastu w jednej niszy. Od czasów Maupassanta zmieniło się tu tylko tyle, że dolny rząd nieboszczyków osłonięty został drucianą siatką - aby jakiemuś lekkomyślnemu turyście nie przyszło na myśl uszczknąć zmarłemu kawałek nosa lub zabrać palec na pamiątkę.

Czaszka w koronkowym czepku

Skóra całkiem już znikła z przykurzonych czaszek, które wyłaniają się ze strojów, w jakie troskliwe rodziny ubrały swych bliskich po wyjęciu z nisz. Niewątpliwie są to najlepsze ubiory, jakie mogli nosić za życia. Pysznią się więc tutaj liczne, choć zetlałe, fraki i żaboty. Niejedna szczęka pochylonej głowy wpija się w kunsztowny węzeł na niegdysiejszej szyi, a czasem sterczy wyzywająco, ukazując zdekompletowane zęby - mrożące memento dla tych, co goniąc za modą, przywiązują nadmierną wagę do elegancji. Zestawienie tych czaszek i nakrochmalonych niegdyś kołnierzyków zdaje się krzyczeć: vanitas vanitatum! Osobna wnęka zawiera szkielety dzieci, których czaszki wyłaniają się z koronkowych czepków. W ustawionych pionowo małych trumienkach leżą też szkielety niemowląt. W tym otoczeniu wydawać się może, że czas, jaki upłynął od wizyty Maupassanta, przestaje istnieć i jego wrażenia zdają się mieszać z myślami wędrującego dziś po tych galeriach: „Zapragnąłem natychmiast zobaczyć tę złowrogą kolekcję nieboszczyków. U drzwi niewielkiego klasztoru stary kapucyn w brązowym habicie przyjmuje mnie i wiedzie bez słowa, wiedząc dobrze, co chcą tu oglądać cudzoziemcy. Mijamy małą kaplicę i schodzimy wolno po szerokich kamiennych schodach. I nagle dostrzegam przed nami ogromną galerię, szeroką i wysoką, której mury dźwigają prawdziwy tłum szkieletów, ubranych na sposób dziwny i groteskowy. Niektóre wiszą wysoko, jeden przy drugim, inne leżą na pięciu płytach kamiennych, wznoszących się od ziemi aż do sufitu. Jeden szereg zmarłych stoi na ziemi - szereg stłoczony, którego straszne głowy zdają się rozmawiać. Niektóre są przeżarte przez pleśń szkaradną, co jeszcze bardziej deformuje żuchwy i kości, inne zachowały włosy, nieco wąsów lub kosmyk brody. Te spoglądają w górę swymi pustymi oczami, tamte w dół; oto jeden zdaje się śmiać okropnie, a inni jakby skręceni w bólach - wszyscy wydają się tu stłoczeni przez jakąś straszną nadludzką siłę. I są oni ubrani, ci zmarli, ci biedni zmarli, szkaradni i śmieszni - ubrani przez rodzinę, która wyciągnęła ich z trumny, aby ustawić pośród tego przerażającego zgromadzenia. Prawie wszyscy oni mają coś w rodzaju czarnego habitu, którego kaptur nasunięty jest czasem na głowę. Ale są też tacy, którzy chcieli być ubrani na sposób bardziej okazały. Nieszczęsny szkielet z haftowaną grecką czapeczką, odziany w strój domowy bogatego rentiera, rozciągnięty na wznak, zdaje się śnić sen przerażający i komiczny. Karty takiej wielkości, że i ślepy mógłby je zauważyć, zawieszone na ich szyjach, zawierają nazwiska i daty śmierci. Te daty sprawiają, że dreszcz przenika do kości. Można przeczytać: 1880, 1881, 1882. To jest zatem człowiek; ten, który był człowiekiem osiem lat temu?2) To żyło, śmiało się, rozmawiało, jadło, piło, było pełne radości i nadziei. I oto jest tu! Przed tym podwójnym szeregiem ohydnych bytów stoją zgromadzone trumny i skrzynie, trumny luksusowe, z czarnego drewna, z mosiężnymi okuciami i małymi szklanymi płytkami, pozwalającymi zajrzeć do środka. Można by pomyśleć, że są to kufry czy walizy dzikusów, kupione na jakimś bazarze przez tych, którzy wyruszają w wielką podróż - jak to się kiedyś mówiło”.

Będę tu!

Przybysza z Francji poczęstowano też w Palermo paroma mrożącymi krew w żyłach opowieściami, które najwyraźniej zrobiły na nim wrażenie: „Czasami zdarza się, powiadają, że jakaś głowa toczy się po ziemi, bo więzadła szyi zostały wyżarte przez myszy. Tysiące myszy żyją w tym ludzkim składzie. Pokazują mi człowieka zmarłego w roku 1882. Parę miesięcy wcześniej był zdrów i wesół. Przyszedł tu wraz z przyjacielem, by wybrać dla siebie miejsce. - Będę tu! - powiedział, śmiejąc się. Teraz przyjaciel przychodzi tu sam i wpatruje się całymi godzinami w nieruchomy szkielet, stojący we wskazanym miejscu. W niektóre dnie świąteczne katakumby kapucynów otwarte są dla gawiedzi. Jakiś pijaczyna zasnął tu pewnego razu i obudził się w środku nocy. Wołał, wrzeszczał zdjęty przerażeniem, biegał we wszystkie strony, próbował uciec. Ale nikt go nie słyszał. Znaleziono go rano, wczepionego tak mocno w pręty kraty wej-ściowej, że trzeba było stracić dużo czasu, by go od nich oderwać. Oszalał. Od tego dnia zawieszono wielki dzwon przy drzwiach”.

Muzeum niegdysiejszej mody

Na lewo od korytarza mężczyzn odchodzi korytarz kobiet, gdzie podziwiać można modę końca XVIII i początków XIX wieku: jedwabne suknie z bogatymi koronkami, czepki najróżniejszych kształtów. Niektóre czaszki mają na czole wieniec z blachy, oznaczający kobietę niezamężną. Trzydziestoletni Jan Parandowski tak o nich pisał: „Wiele z nich leży w balowych sukniach. Jedwab w różowe i białe paski, wachlarze, przeźroczyste pończochy obwisające na wywiędłych piszczelach, trzewiczki atłasowe, za wielkie na wyschłe stopy. Dziewczęta mają wieńce złocone na głowach, babcie wtulają nadgniłe czerepy w białe, koronkowe czepki”. Kiedy zwiedzał on katakumby w roku 1926 wydawało się, że nic nigdy nie zakłóci wiecznego spokoju zmarłych. Ale miało się stać inaczej. 11 marca 1943 roku, podczas bombardowania, zniszczona została drewniana furta przedzielająca korytarz, rozprysły się szyby osłaniające niektóre nisze i wiekowy pył zdmuchnięty został z szacownych czaszek. Zniszczeniu uległa większość trumien stojących w końcu korytarza.

Eneasz w kapeluszu

Następny korytarz nosi nazwę Corridoio dei Professionisti, co można by przetłumaczyć jako „korytarz profesjonalistów”, choć zręczniej będzie powiedzieć, że spoczywają tu „przedstawiciele wolnych zawodów”. Potocznie nazywany jest on Corridoio dei Professori, choć profesorowie występują tu w zdecydowanej mniejszości, są natomiast lekarze, adwokaci, malarze, urzędnicy i wojskowi. Pośród tych ostatnich wyróżnia się pułkownik Enea di Giuliano, zmar- ły w roku 1848, a więc niespełna czterdzieści lat przed wizytą Maupassanta. Dzielny imiennik Eneasza, którego waleczne czyny pokryła łaskawa niepamięć, nosi strój, który francuskiemu pisarzowi wydawać się jeszcze musiał czymś naturalnym, ale dziś robi już wrażenie rekwizytu z balu kostiumowego: na głowie pyszny niegdyś pieróg w stylu napoleońskim, ze smętnymi resztkami piór, wymięty - jak cały mundur, zapięty pod szyję na wielkie guziki. Czerwone mankiety, które czas wystrzępił, i takiż kołnierz-stójka stanowią zapewne jedną z oznak szarży. Jasne skórzane rękawiczki osłaniają trupiość dłoni, ale tym wyraziściej wyłania się ze sztywnego kołnierza bezzębna czaszka, łypiąc spod kapelusza pustymi oczodołami. Prowadząca w lewo odnoga korytarza to miejsce przeznaczone dla kapłanów. Te same oblicza oglądał 72 lata temu Jan Parandowski: „Zebrali się długim szeregiem nad kilku trumnami biskupów i usiedli w tych pośmiertnych stallach, przyodziani w strzępy swoich godności, wypłowiałe fiolety i w stuły, z których złoto wypełzło, zgarbieni, mizerni, modlą się lub drzemią, pochylając ku sobie łyse czaszki, nakryte osiwiałymi od kurzu beretami”.

Tajemnica małej Rosalii

W roku 1880 zakazano kapucynom uprawiania ich szczególnych pochówków. Mimo to praktykę wysuszania ciał kontynuowano jeszcze w roku 1885 (informator Maupassanta świadomie zatem wprowadził go w błąd, twierdząc, że już jej zaprzestano). Po tej dacie wyjątek zrobiono już tylko dla dwóch osób: dla Giovanniego Paterniti i dla małej Rosalii Lombardo. Giovanni Paterniti sprawował funkcję wicekonsula Stanów Zjednoczonych. Zmarł 1 maja 1911 roku. Spoczywa w otwartej trumnie, spowity w czarną, mocno przykurzoną materię. Kilkadziesiąt lat to widać niewiele, bo czas nie nadwerężył mu jeszcze nosa, uszu, ani powiek. Zachowały się nawet zawadiackie sarmackie wąsy, którymi pan wicekonsul ozdabiał swoje oblicze. U końca „korytarza profesorów” należy skręcić w prawo: po kilku stopniach wstępuje się do niewielkiej kaplicy świętej Rozalii. Nad jej łukiem wymalowano napis: Gratiam Quam praebuerat vivis servavit et mortuis - łaskę, którą okazywała żywym, zachowała i dla zmarłych. Znajdowała się tu kiedyś drewniana polichromowana rzeźba przedstawiająca świętą, którą w XVIII wieku wykonał kapucyn, brat Benedetto Valenza z Trapani. Dziś stoi ona u wejścia do katakumb.

Największą jednak atrakcją kaplicy, ściągającą tu wielu ciekawskich, jest maleńka trumna z szybą zamiast wieka, kryjąca zwłoki dwuletniej dziewczynki. Rosalia Lombardo zmarła 6 grudnia 1920 roku. Małe ciałko (corpicino - jak mówią Włosi) otulone jest po szyję brązową materią, ale nie wystaje spod niej trupia czaszka. Maleńka Rosalia wygląda jakby zasnęła przed chwilą. Oczy ma zamknięte, a pucołowate policzki i blade wargi nie ukazują żadnych znamion rozkładu. Na czole wiją się kosmyki włosów, związanych u szczytu głowy pomarańczową kokardą. Mała Rosalia jest więc wyjątkiem pośród tego zbiorowiska szkieletów i stała się dla Palermo czymś w rodzaju maskotki. Można jej wizerunek kupić na kolorowych pocztówkach. Dziwiłem się, widząc tu i ówdzie zdjęcia owej śpiącej dziewczynki, nie wiedząc, że spoczywa ona w tak ponurym otoczeniu. Tajemnica Rosalii polega na zastosowanej metodzie balsamowania, obmyślonej przez palermitańskiego lekarza, dottore Solafia. Niestety, zabrał on swój sekret do grobu i nikt już nie wie, jak osiągnął on tak niezwykły efekt.

Korytarz braci

Wychodząc z kaplicy wkracza się w korytarz braci kapucynów. Niektórzy noszą stuły jako oznaki swej godności kapłańskiej, inni - zapewne na wyrażone przed śmiercią życzenie - mają na szyi sznur na znak pokuty. Można wśród nich obejrzeć jednego z pierwszych pochowanych tu braci. Jego szkielet stoi w pionowej wnęce, w brunatnym habicie, w pozie nieco wygiętej i ten osobliwy kontrapost zdaje się zapowiadać, że zmarły ruszy zaraz do przodu tanecznym krokiem. Czaszka, obciągnięta zbrązowiałą skórą i zetlałym kapturem, nabrała dziwacznego wyrazu złości pomieszanej z bezradnością. Za sznurek, obwiązujący postać w pasie, zatknięta jest kartka - tak jakby kapucyn trzymał ją w zwisającej obok wysuszonej dłoni. Pod znakiem krzyża widnieje na niej napis, mówiący o pierwszym z pochowanych tutaj braci:

Frate Silvestro da Gubbio

fu il primo ad essere inumato

in questo loco

16 Ottobre 1599

Miejsce pochodzenia mnicha, Gubbio, przenosi myśl ku wzgórzom zielonej Umbrii, skąd musiał on przywędrować na Sycylię w czasach, gdy na tronie polskim zasiadał Stefan Batory lub Zygmunt III Waza. Kiedy umierał, nie mógł wiedzieć, że w Neapolu urodził się właśnie Gianlorenzo Bernini, który przemienić miał architektoniczne oblicze Wiecznego Miasta. Jest tu także jeden z ostatnich braci, którzy spoczęli w tym podziemiu: Fra Riccardo da Palermo nie musiał wędrować daleko, aby się tu znaleźć. Zmarł w roku 1871, a więc na kilkanaście lat przed wizytą Maupassanta.

To wszystko. Można już wyjść na powietrze, do sycylijskiego słońca. Z tego podziemia wychodzi się łatwo, nawet jeśli ktoś obejrzy się za siebie. Przy wejściu nie ma już nawet owego kapucyna, który sprzedał mi bilet. Może był on tylko przywidzeniem? A może - myśl to w tym miejscu jak najbardziej stosowna - ów mnich, który wprowadzał tu Maupassanta, Parandowskiego i mnie, jest wciąż tą samą osobą?

1) Cytaty z "La Vie Errante" Guy de Maupassanta - w przekł. autora.

2) Maupassant podaje tu liczbę lat, jaka upłynęła do czasu publikacji jego książki (1890), a nie tę, jaka dzieliła go od wymienionej daty śmierci w chwili zwiedzania katakumb w roku 1885.

Jerzy Ciechanowicz

Powyższy tekst ukazał się w MAGAZYNIE nr 34 - dodatku do Gazety Wyborczej nr 195, wydanie z dnia 21 sierpnia 1998.