Dongola - stolica na skraju pustyni (część III)

Tuż nad Nilem, na kilkumetrowym groźnym skalnym wypiętrzeniu, a wiec w miejscu z natury obronnym, wznosiła się cytadela - dongolański akropol, mieszczący niegdyś centrum administracyjne Nubii i siedzibę nubijskiego króla oraz właściwe dla centrum władzy budynki administracyjne i magazyny. Jej obronny charakter wzmocniono dodatkowo potężnymi murami wzniesionymi na skalnym podłożu Ufortyfikowana osada była dość rozległa - około 350 na 150 metrów Badania archeologiczne w jej północnej części - ze szczególnym uwzględnieniem murów - prowadzi od roku 1990, w ramach ekspedycji Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego, prof. Włodzimierz Godlewski. By poznać wcześniejsze dzieje dongolańskiej twierdzy, trzeba tutaj usuwać zasypy z piasku i pozostałości późnej zabudowy, pochodzącej z XIV i XV wieku, a wiec już pochrzescijańskiej.

Już w początkach VI wieku okazało się, ze miejsca wewnątrz murów obronnych jest zbyt mało dla szybko rozwijającej się osady, w północno-zachodniej części wzgórza zbudowano wiec potężna platformę - rodzaj murów kazamatowych z cegły mułowej o wnętrzu wypełnionym zasypami. W nich właśnie znaleziono w roku 1990 rożne przedmioty pochodzące z końca V i początków VI wieku: ceramikę (małe czarki, amfory, zamknięte naczynia na oliwę podobne do tych znanych z Egiptu) oraz przedmioty codziennego użytku jak kostki do gry i pionki przypominające znane z Egiptu warcaby. Od strony Nilu zbudowano wieże.

Zdaniem prof. Godlewskiego znajdował się tutaj port dla lodzi transportowych, który musiała mięć tak duża osada. Rejon miedzy czwarta a trzecia katarakta nilowa jest żeglowny do dziś. Jeszcze w latach siedemdziesiatych kursowaly tutaj wygodne statki i barki transportowe, wyparte obecnie przez samochody. Port zatem byc tu musial i musial byc chroniony. Wspomniana platforma zaslaniala wiec wygiecie brzegu i wzmacniala obronnosc portu. Od strony rzeki miala ona 5,5-6 metrów wysokości. Taka działalność budowlana musiała być wynikiem koncepcji realizowanej na rozkaz władcy.

Nie znamy jeszcze całego przebiegu i zasięgu murów cytadeli (dotychczas przebadano 120 metrów muru i cztery baszty), ale o ich konstrukcji wiemy już wszystko. Kurtyna fortyfikacji, gruba na 5,30 m, wzmocniona była basztami wystającymi na 8,5 m przed lico muru. Głównym budulcem była cegła mułową, ale od strony lica mury osłonięte były potężnym pancerzem z bloków łamanego kamienia wielkości 0,80-1 m. Było to zatem gigantyczne przedsięwzięcie obronne. W najwyższym miejscu zachowane do dziś mury sięgają 6,5 m wysokości Ponieważ na więzach znaleziono pozostałości późniejszych domów, wykorzystujących ich mury jako oparcie, należy sądzić, ze do wspomnianej wysokości dodać można jeszcze 2,5 m. Pełna wysokość murów wynosić wiec mogła 11 metrów Nie jest to wielkość przypadkowa. Inspiracja mogły tu być podobne fortyfikacje syro-palestynskie. W czasach Justyniana zbudowano wiele podobnych miast obronnych, które strzegły szlaków transportowych. Na przykład Klasztor Świętej Katarzyny na Synaju był kiedyś również taka warownia założona w czasach Justyniana.

Schemat umocnień wywodzi się jeszcze z czasów rzymskich, z obozów legionowych. Analogią mogą tu być fortyfikacje zachowane w Egipcie wokół świątyni Amona w Luksorze, gdzie za czasów rzymskiego cesarza Dioklecjana zbudowano taki właśnie wojskowy obóz, używając do tego celu dość bezceremonialnie zabudowań monumentalnej świątyni z czasów faraonów.

Potęga murów dongolańskich - najpotężniejszych w tej części Afryki - pozwala zrozumieć, dlaczego arabska ofensywa Abdullahiego Abi Sarha załamała się w roku 651/652 właśnie pod Dongola.

Tegoroczny sezon wykopaliskowy pozwolił na wyjaśnienie, co zawierało wnętrze fortyfikacji i jaki był charakter odsłoniętej tu zabudowy. Wykop o wymiarach 5 x 20 m odsłonił wewnętrzne lico fortyfikacji i przyległe doń zabudowania dostępne z okrężnej ulicy biegnącej po wewnętrznej stronie murów. Domy przy murach nie były zbyt rozlegle, ale za to dwu- lub trzypoziomowe. W narożnym domu odkryto potężna klatkę schodowa.

Dom biskupa

Pierwotny dom, współczesny fortyfikacjom, zbudowany został w tym miejscu w V/VI wieku. Na jego miejscu w wieku VI lub VII powstał nowy, który przetrwał zapewne do XI wieku - sądząc z zachowanej w nim ceramiki. Zachował się on do wysokości 3,70 m. Dom ten należał prawdopodobnie do biskupa Dongoli, a w każdym razie do kapłanów Znaleziono tu kilka amfor lokalnej produkcji (fragmenty takich samych odkryto w dongolańskich piecach) używanych do transportu wina. O tym, ze winorośl była hodowana w Dongoli, wiemy ze źródeł arabskich z X wieku. Pewien podróżnik opisał okolice Dongoli jako obszar licznych ogrodów, pełnych drzew i ptaków, oraz winnic. Informacje o uprawie winorośli potwierdzają również znalezione zatyczki do amfor: wepchnięte w szyjki naczyń zwitki winnej latorośli zalepione mułem, na którym odciskano pieczęć właściciela winnicy. Na dwóch znalezionych we wspomnianym domu amforach odkryto napisy określające imię i funkcje właściciela. Są to: archiprezbiter (starszy kapłan) Michael i biskup o imieniu Maria. Napisy - wykonane żółtą farba przy pomocy pędzla (a nie tuszem i piórkiem) - służyły zapewne do wskazania odbiorcy. Forma amfor, które datować można na koniec VII lub początek VIII wieku, wskazuje na czas, kiedy godność biskupa piastował w Dongoli człowiek o rzadkim dla mężczyzny imieniu Maria.

W tym samym domu znaleziono również fragmenty pieknych malowanych ram okiennych z wypalonej gliny, z przezroczami w kształcie ornamentów geometrycznych, roślinnych i symbolicznych, pochodzących z początku VII lub schyłku VI wieku, a także szklane flakoniki na pachnidła (importy z Egiptu lub z Syrii), fragmenty kieliszków, w których pijano zapewne młode wina, oraz ceramikę stołową.

W łazience biskupa

Dom wyposażony był w piękną łazienkę z ceramicznymi sedesami (w Dongoli znaleziono ich więcej, co świadczy o poziomie higieny w nubijskiej stolicy; ich - bliski nam - kształt nie ulęgał zmianie przez ponad pół tysiąclecia, od wieku VI do XII, co świadczy zapewne o tym, ze ich wytwórcy od razu trafili idealnie w upodobania klientów). Ciekawym znaleziskiem są również przedmioty używane przez Dongolańczykow jako "papier toaletowy" - gliniane lub kamienne gładkie wrzecionowate przedmioty, zachowane w dole pod łazienka W domu biskupa znaleziono kilkadziesiąt tych przedmiotów jednorazowego użytku, które z pewnością wytwarzano masowo. W tym samym "repozytorium" znaleziono kilkadziesiąt naczyń stołowych, wyrzuconych tam z powodu wcześniejszego rozbicia. Choć tak źle potraktowane przez właścicieli, mówią nam one o jakości używanej przez zamożne społeczeństwo Dongoli zastawy stołowej. Są tam małe miseczki o średnicy 16 cm, pokryte czerwona polewa, oraz talerze - produkowane lokalnie, lecz nawiązujące do późnorzymskiej tradycji charakterystycznej dla Afryki Północnej i Egiptu.

Odkryto tez zwieńczenie mebla z kości słoniowej w formie paka - przedmiot niewątpliwie luksusowy - oraz podwójnie składane ramie z miedzi stanowiące zapewne cześć wiszącej lampy.

Na ostrakonie, czyli skorupce rozbitego naczynia, zachował się tekst, pisany czarnym atramentem, zawierajacy inwokacje do Trojcy Świętej oraz początek Psalmu XXII zapisane w jezyku greckim - choć z błędami. Warstwa, w której go znaleziono pozwala ustalić datę - wiek XIII lub XIV. Ten niepozorny dokument, będący zapewne owocem uczniowskiego ćwiczenia, stanowi najpóźniejsze, a wiec cenne świadectwo używania greki, mówiące nam, jak długo język Hellenów używany był w Dongoli.

Od strony rzeki, obok domu biskupa, do muru cytadeli przylega na zewnątrz Kościół Filarowy,

jak nazywają go archeologowie. Choć jego ceglane mury zachowały się do nieznacznej wysokości, samo jego położenie nadaje mu szczególnego uroku, rozciąga się zeń bowiem szeroki widok na położony niżej Nil, ciągnący się na północ i południe, a po południu ceglane mury pokryte białym tynkiem oświetla cieple światło słońca zniżającego się nad palmowym gajem na przeciwległym brzegu.

Kościół ten, zbudowany w końcu IX wieku, jest również ważny dla dziejów dongolańskiej architektury. Poza eksponowana lokalizacja na wysokim brzegu wyróżnia się on bowiem oryginalna koncepcja, co wskazuje, ze był zapewne fundowany przez jakąś ważna osobę. Był to zapewne pierwszy dongolański kościół na planie krzyża, którego wszystkie pomieszczenia kryte były kopułami. Stad osobliwa konstrukcja zachowanych kolistych filarow zlozonych ze specjalnie przygotowanych cegiel w kształcie wycinków koła.

To ten kościół posłużył zapewne jako inspiracja przebudowy katedry dongolańskiej (Kościoła o Kolumnach Granitowych). Tam również zbudowano podobne filary.

Wnętrza kopuł, dziś nie istniejących, zdobione były z pewnością malowidłami - bardzo ważnymi, bo stanowiącymi symboliczna "cześć niebiańską" sklepienia, gdzie wedlug tradycji bizantyńskiej umieszczano najważniejsze pod względem religijnym sceny. Niestety w całej Nubii nie zachowała się żadna dekoracja kopuły, te bowiem łatwo ulęgały zniszczeniu.

Wielość kopuł wieńczących Kościół Filarowy przywodzi na myśl kościoły Mitry, bizantyńskiej stolicy Peloponezu, i dowodzi utrzymywania się nubijskiej stolicy w strefie bizantyńskich wpływów; cala koncepcja budowli wskazuje jednak, ze środowisko architektów działające w Dongoli potrafiło tworzyć także dzieła oryginalne, nie naśladując niewolniczo obcych wzorów. Don gola nie była wiec tylko daleka prowincja śródziemnomorskiego świata, lecz także autonomicznym ośrodkiem myśli architektonicznej.

Cześć wschodnia kościoła zachowała się dobrze, ponieważ później - po podboju arabskim - włączona została do muru fortyfikacji. Umożliwiło to dokładne zbadanie sanktuarium z apsyda, które wypełniał syntronon, czyli ława, na której zasiadali kapłani podczas nabożeństw, oraz bocznych zakrystii. Kościół Filarowy użytkowany był do końca świetności Dongoli.

W tym roku odsłonięto w posadzce kościoła wejście do kamiennego korytarza wchodzącego pod mur obronny. Niewykluczone, ze w czasach przed wzniesieniem świątyni było to sekretne przejście poza obręb murów. Na razie odsłonięto jedynie przedsionek, ale dokąd prowadzi - pokażą dopiero następne sezony wykopaliskowe.

Meczet

Jedyna w pełni zachowana budowla dawnej Dongoli jest meczet. Położony na skalnym wypiętrzeniu, widoczny jest z daleka, nawet z domu misji, odległego odeń o pół godziny marszu przez pustynie. Ta potężna prostokątna budowla (dziś już bez minaretu) wzniesiona jeszcze w czasach chrześcijańskich, została zamieniona w meczet dopiero w roku 1317, przez pierwszego muzułmańskiego władcę Dongoli Saif ad-Dina Abdullahiego Barszanbo, i służyła wyznawcom Allacha do roku 1969, kiedy to mufti Omdurmanu wyłączył ja z kultu ze względu na bezpieczeństwo wiernych, a także dla umożliwienia prac badawczych polskim archeologom.

Obecnie meczet jest zamknięty, a klucz do niego spoczywa w metalowej skrzynce w domu misji polskiej (drugi ma strażnik meczetu z ramienia sudańskiej służby starozytnosci Hasan Abd el-Rahim). Zazwyczaj do meczetu nikt nie zagłada, badania w budowli zakończono bowiem w roku 1982. Czasem jednak kierownik misji, dr Stefan Jakobielski, wydobywa ów klucz. Tak stało się i tym razem, gdy żebrało się kilku chętnych, w tym zaproszony do obejrzenia polskich wykopalisk holenderski epigrafik Jacques van der Vliet, pracujący w Chartumie nad koptyjskimi inskrypcjami z Nubii, zgromadzonymi w Muzeum Narodowym.

Słonce zniżało się już nad drugim brzegiem Nilu, gdy dotarliśmy do wrót budowli, która - widziana z bliska - robi naprawdę monumentalne wrażenie Taki zresztą był jej cel.

Budowle z sala tronowa wzniosl prawdopodobnie krol Georgios - ten sam, który jako nastepca tronu podrozowal do Bagdadu. Sala ta, gdzie później odbywały się koronacje kolejnych królów nubijskich, zbudowana została dokładnie według założeń bizantyńskich. Ulokowana jest na piętrze. Parter jest niezwykle wysoki (ponad 6 metrów) po to, aby górna sala znajdowała się wyraźnie powyżej miasta - choć już cala budowla wznosi się na wysokim skalistym wypiętrzeniu. Do tej sali prowadza monumentalne schody. Ściany klatki schodowej dekorowane były malowidłami, podobnie jak sama sala tronowa, której strop wspierał się na kolumnach. Wszystko to miało robić wrażenie potęgi na przybywających z daleka na dwór dongolańskiego władcy. Wzorem dla tej budowli była zapewne podobna sala audiencyjna, zwana Magnaura, w Konstantynopolu. Z przyległego do sali tarasu wladca mógł ogarnąć wzrokiem rozległy widok na miasto i Nil.

Sala tronowa zachowała się całkowicie. Kamienne kolumny z kapitelami nadal podpierają strop, choć malowidła zdobiące niegdyś ściany są już zupełnie nieczytelne. Cala sale obiega szeroki korytarz. Stefan Jakobielski zaleca tu gościom poruszanie się wyłącznie tuz przy ścianach, ułożona z kamieni podłoga jest bowiem niepewna - choć z pozoru wygląda całkiem solidnie. Jak ważne było to zastrzeżenie, zrozumiałem dopiero, gdy oglądaliśmy pomieszczenia na parterze. Te ogromne lochy, pogrążone w całkowitym mroku i zamieszkane przez nietoperze, liczą sobie, jak wspomniano, 6 metrów wysokości Światło latarki ledwo dociera do sklepienia. I tam właśnie dostrzegłem od spodu te same niewielkie kamienie, z których ułożona była podłoga korytarza na piętrze - trzymające się istotnie "na słowo honoru". Spoglądając teraz na wielometrowa odległość dzieląca je od ziemi uświadomiłem sobie, czym mogło grozić stąpniecie na nieodpowiedni kamień

Świecznik Gordona

Trzy razy dziennie członkowie misji spotykają się przy wspólnym posiłku w jadalni, która - jak wszystkie pomieszczenia domu - ma ściany z gliny, dach z gałęzi palmowych, a podłogę z piasku. Po zapadnięciu zmroku, zanim uruchomiony zostanie silnik napędzający generator, który na kilka godzin zapewni światło w pomieszczeniach, zapalane bywają świece w starym świeczniku, stojącym na stole nakrytym plastikowa cerata. Świecznik ten, wciąż używany zgodnie ze swoim przeznaczeniem, ma - jak się okazało - swoja niezwykła historie.

Przodek jednego z mieszkancow wioski, nalezacy do rodu Suar el-Dahab, w czasach powstania Mahdiego uczestniczył w roku 1881 w zdobywaniu chartumskiej rezydencji angielskiego gubernatora Gordona. Gordon, choć był generalnym zarządca Sudanu, nie dysponował armia. Mimo to mógł łatwo ocalić życie uciekając z Chartumu. Jako człowiek bardzo religijny wierzył jednak naiwnie, ze jeśli wyjdzie do powstańców z Biblia w ręku, nic złego mu się stać nie może. Tak tez podobno ujrzeli go mahdyści owej pamiętnej nocy na schodach - z Biblia i świecznikiem w ręku - ale te rekwizyty słabą okazały się bronią przeciw ich dzidom. Tak wiec ów świecznik (dobrej francuskiej roboty), Biblia z odręcznymi adnotacjami Gordona na marginesach, jego listy oraz parasolka trafiły pośród innych zdobyczy do wioski - dziś opuszczonej - znajdującej się na południe od dongolańskiego meczetu. Mieszkańcy opuścili ja przed kilkudziesięciu laty, przenosząc się do nowych domów, wzniesionych kilka kilometrów dalej, w pobliżu obecnej siedziby polskiej misji. Trudno zrozumieć, dlaczego nie zabrali ze sobą cennego dobytku. Zapewne dlatego, ze stare domy, choć opuszczone, maja wciąż swoich właścicieli i miejscowi dobrze wiedza, który do kogo należy. Zamurowano jedynie wejścia.

W roku 1981 - a wiec dokładnie w sto lat po śmierci Gordona - pewien holenderski student odwiedzający wykopaliska natknął się w opuszczonej wiosce na ów świecznik, a nie znając miejscowych zwyczajów uznał go za przedmiot porzucony, przyniósł go wiec do domu polskiej misji. Używano go tam przez pewien czas, nie przypuszczając, z jak ważnymi wydarzeniami jest on związany - aż do chwili, gdy odwiedzający Polaków potomek rodu rozpoznał go i opowiedział jego historie. Nigdy jednak nie zażądał jego zwrotu. Pokazał natomiast archeologom owa Biblie, ale - mimo namów - listów nie zdecydował się udostępnić. Stwierdził, ze przekaże je synowi, który napisze kiedyś historie swego kraju. Powrót przez pustynie

zapowiadał się nieco lepiej niż jazda z Chartumu do Dongoli owym wehikułem przerobionym z ciężarówki na autobus, w którym zamiast szyb były tylko otwory w blaszanej obudowie. Tym razem pojawiła się nadzieja na unikniecie przenikliwego zimnego wiatru, na który - przy szybkości zbliżonej do setki - narażeni są pasażerowie Kierowca z wioski, właściciel półciężarowej Toyoty, zebrał dziesięciu pasażerów i - za odpowiednia oplata - miał ich przewieźć przez pustynie. Miejscowi wraz z bagażami jechać mieli na otwartej platformie, na mnie zaś czekało wolne miejsce w szoferce - wygodne siedzenie i szyby chroniące od wiatru. W nocy poprzedzającej mój wyjazd do kierownika misji, Stefana Jakobielskiego, przybyła delegacja z wioski. Okazało się, ze stary Abdullahi jest chory i musi jechać do szpitala w Chartumie - czy zatem w tej szczególnej sytuacji, choć wszystko już zostało uzgodnione, owo miejsce w szoferce nie mogłoby być odstąpione Abdullahiemu? Cóż było robić? Należało znów wyciągnąć sweter, kurtkę, szalik, wełniana czapkę, a do tego dołączyć ofiarowany wielkodusznie przez Krzysztofa Pluskote długi arabski szal, którym można owinąć głowę kilka razy, chroniąc uszy przed wiatrem, a nos przed słońcem.

Rano, odprowadzony przez kolegów - archeologów do promu odpływającego na druga stronę Nilu, zająłem miejsce pośród bagaży i czarnych współpasażerów w turbanach i białych powłóczystych szatach. Kobiety, ubrane bardziej kolorowo, miały na głowach chusty, na palcach zaś złote pierścionki. Kolano pod broda, a druga noga wciśnięta w szparę pomiędzy bagażami, to poza zupełnie niezłą - pod warunkiem, ze można ja zmienić podczas kilkunastu godzin jazdy.

Przerw w podroży było jednak więcej niz. można się było spodziewać Już w miejscowości Debba - po drugiej stronie Nilu, ale jeszcze przed wjechaniem na właściwa pustynie - wyszły na jaw kłopoty z zapłonem. Naprawa w miejscowym warsztacie trwała ponad godzinę. A ważna była niemal każdą minuta, do celu należało bowiem dotrzeć przed zmrokiem, gdyż po zachodzie słońca posterunki rozstawione na rogatkach stolicy nie wpuszczają już pojazdów do miasta i trzeba spędzić noc na pustyni. Tym większych wiec emocji dostarczało każde opóźnienie. Zresztą samo zatrzymanie się samochodu pośrodku pustyni nasuwa myśl o awarii nie dającej się usunąć od razu. Wtedy, jak każe miejscowy obyczaj, należy podnieść maskę silnika i czekać, licząc na to, ze zostanie się zauważonym z daleka przez inny samochód, który może przejeżdżać przez pustynie. Trzy zmiany koła i dwie drobniejsze awarie silnika oraz kilkakrotne zakopanie się w piasku nie pozwoliły mi nudzić się zbytnio podczas podroży.

Zbliżał się wieczór, kiedy samochód wjechał z kolejnej wydmy na asfaltowy pas drogi biegnący kilkadziesiąt kilometrów przed Omdurmanem. Teraz kierowca pędził już, używając całej mocy silnika, co sprawiało, ze żadna osłona przed wiatrem nie była już skuteczna. Słonce właśnie zachodziło, kiedy samochód zatrzymał się przed posterunkiem. Piasek i wzgórza na horyzoncie przybrały rdzawy kolor. Gdzieś za nimi znajdował się Omdurman, a za nim - po drugiej stronie rzeki - Chartum. Z namiotu rozbitego pośród piasku wyszedł czarny żołnierz - bosy, w pomarańczowej podkoszulce i tylko w spodniach od polowego munduru, w zielone i brązowe plamy mające maskować go pośród roślinności - gdyby taka można tu było znaleźć.

Z jego gwałtownej rozmowy z kierowca wywnioskowałem, ze właśnie ma nastąpić to, czego należało się obawiać: słonce już zaszło i nie możemy jechać dalej. Jak okiem sięgnąć, oprócz wzgórz na horyzoncie, dookoła rozciągała się plaska piaszczysta pustynia. I wtedy okazało się, jak pomyślny był fakt, ze Abdullahi dostał miejsce w szoferce. Trudno opisać jazgot, jaki podniosły kobiety siedzące obok mnie na platformie. Choć nie rozumiałem słow., mogłem domyślić się łatwo, co krzyczały: ze przecież Abdullahi jest chory i musi do szpitala, a tu bezduszny człowiek chce go zatrzymać na noc na pustyni. Hałas zrobił się taki, ze z namiotu przybiegł oficer, a posłuchawszy przez chwile kobiecych krzyków machnął ręka, dając znak, ze można jechać.

Pół godziny później, w zapadającym zmierzchu, pokazały się pierwsze zabudowania Omdurmanu Jeszcze tylko na moście, łączącym Omdurman z Chartumem, po raz kolejny trzeba było zmieniać koło a policjant, który się przy tym pojawił, odkrył, ze kierowca nie ma dowodu rejestracyjnego. Ale Chartum był już całkiem niedaleko.

JERZY CIECHANOWICZ