Dongola - stolica na skraju pustyni (część I)

Przygotowania do tegorocznego wyjazdu polskiej misji archeologicznej Uniwersytetu Warszawskiego odbywały się w nieco nerwowej atmosferze. Z Sudanu zaczęły bowiem napływać wiadomości o rozszerzaniu się zbrojnego konfliktu, który tli się tam od roku 1983. Rebelianci, zbuntowani przeciw ortodoksyjnie islamskiemu rządowi w Chartumie, chrześcijanie i animiści z południa i wschodu, połączyli swe siły przechodząc do ofensywy. Rząd ogłosił dżihad, świętą wojnę W stolicy zamknięto uniwersytet, aby umożliwić studentom wstępowanie do ochotniczych oddziałów udających się na front. Światowe agencje informacyjne podawać zaczęły komunikaty o postępach rebeliantów, którzy zbliżać się mieli do tamy na Nilu Błękitnym w miejscowości Damazin, wiadomo zaś, że tamtejsza elektrownia dostarcza większość energii dla stolicy.

Do misji miąłem dołączyć w połowie lutego. Przy braku kontaktu pozostawało wiec śledzenie informacji agencyjnych w nadziei, ze rozszerzanie się konfliktu nie uniemożliwi podroży.

Samolot lecący z Amsterdamu do Chartumu o północy ląduje na krotko w Kairze. Tu prawie wszyscy pasażerowie wysiadają W wielkim Boeingu oprócz mnie zostaje tylko kilku Murzynów i Amerykanin wyglądający na starego trapera - jakbyśmy rzeczywiście lecieli na koniec świata

Wrażenie to potęguje się, gdy po następnych dwóch godzinach samolot zniża się do lądowania nad Chartumem. Zamiast oczekiwanych świateł wielkiego miasta - nieliczne słabe światełka żarzą się, rozrzucone z rzadka na wielkiej przestrzeni.

Na prawie pustym lotnisku, przy kontroli paszportowej, zostaję odłączony od grupki pasażerów - najwyraźniej z powodu mojej szczególnej wizy "archeologicznej" (na osobnej kartce) - i zaprowadzony do oszklonego boksu, przed oblicze jakiegoś wyższego funkcjonariusza. Zanim moja sprawa zostanie rozpatrzona, pozostaje mi obserwować, jak czarny urzędnik przez cale kwadranse przystawia duże pieczęcie na rożnych papierach, które podają mu dwaj podwładni Wreszcie odpowiednia pieczęć ląduje i na mojej wizie, która trafia do szuflady. Kontrola kończy się bez żadnych trudności - tyle ze po raz pierwszy przekonuje się, ze stosunek do czasu jest tu inny niz. w Europie. To tylko nam zawsze się dokądś spieszy. Poza tym biurokracja na całym świecie działa podobnie (dziwne, ze nikt jeszcze nie rzucił hasła: "Biurokraci wszystkich krajów, łączcie się!").

Jazda taksówka przez puste i ciemne ulice Chartumu o trzeciej nad ranem nie pozwala się jeszcze domyślić, na ile trwającą świętą wojna wpływa na życie miasta. Jedynym znakiem godziny policyjnej jest krotka kontrola dokumentów na jakimś skrzyżowaniu.

Hotelik o - milej dla ucha archeologa śródziemnomorskiego - nazwie "Acropole", prowadzony przez Greka Georgeosa, przeżywał podobno niedawno gorące chwile. Wiadomości o wojnie sprawiły, ze zaroił się od zachodnich dziennikarzy. Ale ich apetyty na dramatyczne relacje z frontu nie zostały zaspokojone. Wkrótce okazało się, ze cala wrzawa wokół "świętej wojny" była mocno przesadzona i, nie znajdując pożywki, cale towarzystwo rozjechało się do domów Przynajmniej na razie nie widać wpływu wielkiej polityki na życie miasta.

Chartum

Rozłożony na rozległym obszarze wokół miejsca, gdzie Nil Błękitny spotyka się z Nilem Białym - nie pasuje do naszych wyobrażeń o wielkim mieście Nie ma tu wyróżniających się dzieł architektury (jeśli nie liczyć klasycyzujących budynków uniwersytetu, zbudowanych jeszcze przez Anglików, i czegoś w rodzaju wielkiego "domu kultury" - betonowego klocka, który w latach siedemdziesiątych był zapewne zaliczany do architektury nowoczesnej - daru narodu chińskiego dla narodu sudańskiego na znak wiecznotrwałej przyjaźni). Odmiennie od miast europejskich, gdzie od wieków mury tłoczą się, zajmując najmniejszy kawałek przestrzeni, zabudowania rozrzucone są tu swobodnie, w dużych odległościach, co sprawia, ze trudno poruszać się po Chartumie piechotą. Najlepiej wiec poruszać się tu taksówkami.

Taksówki chartumskie to osobny temat godny uwagi. Wszystkie wyglądają na tak zdezelowane, ze właściwie nie powinny jeździć Pogięte, zakurzone, pozbawione rożnych szczegółów, jak klamki, obicia, fragmenty deski rozdzielczej, i powiązane drutami - właściwie nie wiadomo, jakim cudem jeżdżą Cud zresztą ma tu cos do rzeczy, bo często kierowca - jeśli jest pobożnym muzułmaninem - przed przekręceniem kluczyka w stacyjce odmawia krotka modlitwę w intencji zapalenia.

Niskie zabudowania ogrodzone są zazwyczaj ciągnącymi się długo ceglanymi murami - brązowymi, jak wszystko tutaj. Ten jasnobrązowy kolor to kolor piasku nawiewanego z pustyni, który pokrywa brzegi ulic (zazwyczaj nie mających chodników) i wydaje się wżerać w mury domów.

Rozlegle skrzyżowania ozdobione są czasem osobliwymi pomnikami. Te konstrukcje, pospawane z blachy i pomalowane olejna farba na jaskrawe kolory, stanowią jakby skrzyżowanie sztuki socrealistycznej z abstrakcyjna. Ich symbolika ma zapewne wyrażać osiągnięcia młodego państwa sudańskiego - można wśród nich znaleźć koła zębate, wielka misę z piłką futbolowa (żelazną) lub umieszczony na wysokim słupie stary myśliwski samolot radzieckiej produkcji.

Jedyne miejsce, które można tu zwiedzać jako pamiątkę narodowej historii, to niewielkie mauzoleum Mahdiego w położonym za rzeka Omdurmanie, a obok skromny dom jego następcy Chalify Abdullahiego.

Cud w Faras

Jest jednak w Chartumie pewien skarb, unikalny w skali światowej, który - po znalezieniu - podzielony został na dwie części Jedna z nich znajduje się w Muzeum Narodowym w Chartumie, a druga w Muzeum Narodowym w... Warszawie. A było tak. W latach sześćdziesiątych prowadzono w Egipcie i północnym Sudanie na szeroka skale ratunkowe badania archeologiczne. Chodziło o szybkie przebadanie i - w miarę możności - uratowanie zabytków znajdujących się na obszarze, który miał być zalany przez wody tak zwanego Jeziora Nasera, mającego powstać na skutek spiętrzenia wód po zbudowaniu na Nilu Tamy Asuanskiej. Pośród licznych ekip naukowych z rożnych krajów znaleźli się tez polscy archeologowie, których poczynaniami kierował profesor Kazimierz Mich alowski Jako teren działania polskiej misji wybrał on miejscowość Faras (dawne Pachoras, stolice północnego królestwa Nubii, zwanego Nobadia). Decyzja ta okazała się niezwykle szczęśliwa - Polacy odkryli w Faras, w ruinach dawnej katedry, zespól ponad stu malowideł ściennych W ten sposób świat dowiedział się, ze w czasach zanim ziemie te opanował islam, rozwijała się tam wspaniała sztuka - sztuka Nubii chrześcijańskiej Był to najbardziej spektakularny sukces polskiej archeologii śródziemnomorskiej. Dziś Faras już nie istnieje. Zniknęło z powierzchni ziemi jak legendarna Atlantyda. Ale ci, którzy chcą podziwiać sztukę Nubii chrześcijańskiej, mogą dziś wybierać miedzy wycieczka do Chartumu i Warszawy. Te dwa miasta przechowują dziś bowiem w swych muzeach to, co zachowało się z malarstwa Faras. Odkrycia w Faras zapoczątkowały wieloletnia współprace polsko-sudanską, miedzy innymi w zakresie konserwacji zachowanych zabytków Faraskie freski przechowywane w Chartumie, po trzech dziesięcioleciach wymagające już ponownej interwencji konserwatorskiej, zabezpieczane są na przykład obecnie przez polskiego konserwatora Ewę Parandowską. Polscy archeologowie od ponad trzydziestu lat prowadza badania w Sudanie. Głównym przedmiotem ich zainteresowania i - rzec by można - polska specjalnością jest

Kultura chrześcijańskiej Nubii

czyli krainy rozciągającej się na terenach należących dziś do południowego Egiptu i Sudanu. Zawdzięczała ona swój kształt misjonarzom, którzy w VI wieku przynieśli tu chrześcijaństwo z Bizancjum, a wiec z dawnej wschodniej części Cesarstwa Rzymskiego, toteż sztuka nubijska stanowi kontynuacje pewnych wątków mających swe źródła w kulturze antycznej. Możemy na jej przykładzie poznawać, jak daleko w głąb Afryki sięgały wpływy cywilizacji śródziemnomorskiej.

Nic dziwnego, ze po tak wielkim sukcesie, o którym pisała cala prasa światowa, profesor Michalowski uzyskał bez trudu od sudańskiego rządu koncesję na prowadzenie wykopalisk w drugim ważnym ośrodku dawnej Nubii chrześcijańskiej - w Dongoli, położonej daleko na południe od miejsc, które były zagrożone wspomnianym współczesnym potopem. Polscy archeologowie prowadza tam wykopaliska od lat ponad trzydziestu, ale dopiero odkrycia lat ostatnich potwierdziły w pełni (po raz kolejny) genialność intuicji profesora Michalowskiego co do wyboru miejsca. Można już bez przesady powiedzieć, ze Dongola staje się nowym Faras polskiej archeologii - sukcesem nie mniej spektakularnym.

Aby z Chartumu dostać się do Dongoli, należy przejechać kilkaset kilometrów

przez pustynię Bajuda. Już samo znalezienie miejsca, skąd odjeżdża autobus jest przygoda. Nie jest to bowiem żaden dworzec autobusowy, lecz jakiś bezimienny plac czy raczej otwarta przestrzeń pośród luźnej i niskiej chartumskiej zabudowy w dzielnicy Sidzdzana. Trzeba go w dodatku znaleźć nocą, bo autobus odjeżdża - teoretycznie - o piątej nad ranem. Bez pomocy kogoś, kto mówi po arabsku, i z góry umówionego taksówkarza Europejczyk małą ma szanse na odnalezienie tego miejsca.

Sam autobus godny jest opisania. Nazwy tej zresztą używam z braku lepszej, bo ów pojazd, mający pokonać pustynie, jest właściwie ciężarówką przerobioną przez sudańskiego kowala, który musiał ściąć tył i do platformy przytwierdzić pospawana z blachy i poskręcaną śrubami konstrukcję, mająca nie tylko pomieścić pasażerów, ale tez wytrzymać wielogodzinna jazdę przez pustynie, nie mówiąc już o górze bagaży jadącej na dachu.

Co do bagaży, które trzymają się razem tylko dlatego, ze powiązane są mocnymi sznurami, wyjaśnić warto, ze i one musza być nie byle jakie. W przeddzień podroży pewien Sudańczyk ubawił się wyraźnie widząc mój brezentowy plecak. Na podroż przez pustynie pożyczył mi - jak się wyraził - "porządną sudańską walizkę", czyli podłużną blaszana skrzynie, która bez ryzyka mogła wylądować na dachu pośród sobie podobnych pancernych pakunków.

Czas w Afryce płynie inaczej i nikt zbytnio się nie spieszy. Pasażerowie schodzą się wolno i nikt najwyraźniej nie obawia się, ze pojazd odjedzie bez niego. Zanim wszyscy stłoczą się w blaszanym wnętrzu wehikułu, z niewielkimi szparami zamiast okien, a bagaże zostaną umocowane na dachu, mina dwie godziny. Ale cóż to znaczy, skoro podroż może trwać, jak mówią, kilkanaście godzin albo i trzy dni (należy wiec mięć przy sobie zapas wody, jedzenia i śpiwór.

Pierwsza część drogi, którą wehikuł pokonuje jeszcze po ciemku, pędząc setką przez kilkudziesieciokilometrowy odcinek asfaltowej szosy, może zrujnować naiwne wyobrażenia o gorącej Afryce. Spowodowany pędem przenikliwy zimny wiatr, wpadający przez otwory zastępujące okna, sprawia, ze wszelkie swetry, kurtki, szaliki i wełniane czapki okazują się daleko niewystarczające Pozostaje tylko liczyć godziny w nadziei, ze południe przyniesie trochę więcej ciepła.

Droga kończy się niespodziewanie, zaczyna się jazda przez pustynie. Imponujące są umiejętności kierowców, którzy pośród piaszczystej pustki, rozciągającej się na setki kilometrów, potrafią odnaleźć właściwą drogę Tym bardziej ze nie jada wcale prosto w precyzyjnie określonym kierunku. Aby nie zaryć się w piasku, wehikuł porusza się skomplikowana trasa, która odnajdywać musi tak, by jak najdłużej pędzić po żwirowatej powierzchni, a jak najrzadziej trafiać na piaszczyste lachy, w których koła mogą się łatwo zakopać. I tak zresztą nie udaje się tego uniknąć, co dostarcza podróżnym kolejnych emocji. Z dachu złażą czarni pomocnicy kierowcy (jakim cudem lekko ubrani wytrzymują zimny wiatr bez żadnej osłony - nie zrozumiem nigdy). Odkopują rękami piasek spod kół i podkładają pod nie wielki kawał blachy. Pojazd z trudem rusza przy akompaniamencie wycia silnika. Znów się udało Takich przerw w podroży jest wiele, a nie ma przecież gwarancji, ze któraś z nich nie skończy się większą awaria. Kilka dni wcześniej szwajcarski uczony, który wybrał się przez pustynie półciężarowym samochodem z sudańskim kierowca, musiał spędzić na niej trzy dni, mając tylko jedna butelkę wody - zanim został odnaleziony przez pomoc wysłana z Chartumu.

Słońce chyliło się już ku zachodowi, gdy autobus wjechał do palmowego gaju rosnącego wzdłuż Nilu. Tego samego Nilu, nad którym - daleko stad na północ - powstała przed tysiącami lat wspaniała cywilizacja egipska. Z wysokiego brzegu, skąd niewielki przerdzewiały prom przewieźć ma wehikuł na druga stronę mętnej szarej wody, widać już - odległy o kilkanaście kilometrów - górujący nad pustynia punkcik. To budowla, która przed wiekami była miejscem, gdzie królowie Dongoli zasiadali na tronie w kolumnowej sali, by przyjmować poselstwa z dalekich krajów Od chwili, gdy tam dotrę, podroż w przestrzeni zamieni się dla mnie w podroż w czasie.

Prom jest niewielki i chyba bardzo stary. Właściwie jest to pływająca platforma z białą budka wznoszącą się wysoko nad pokładem Autobus wypełnia go prawie całkowicie Jakimś cudem mieści się jeszcze kilka osiołków i kilkudziesieciu pasażerów, których czarne twarze kontrastują z białymi turbanami i ubiorami. Tylko kobiety noszą stroje w rożnych kolorach, przykrywające je do samej ziemi.

Jest już zmierzch, kiedy wehikuł zatrzymuje się przed niepozorna zagrodą położoną na skraju pustyni, u brzegu palmowego gaju rozciągającego się i po tej stronie Nilu. Pojawiają się znajome twarze kolegow-archeologow - opalone po kilku tygodniach pod afrykańskim słońcem.

Siedziba misji prezentuje się nader skromnie. Niewysoki gliniany mur obiega teren mieszczący parterowy domek (tez z gliny), kilka glinianych pomieszczeń przylepionych od wewnątrz do ogrodzenia oraz parę namiotów Jest to tak zwany hosz - typowe afrykańskie domostwo. Warunki są tu zatem prawdziwie spartańskie, jeśli to klasyczne określenie jest stosowne w sercu Czarnej Afryki. Tylko kilku "starych Dongolańczyków", którzy przyjeżdżają tu od lat, ma swoje ody, czyli zadaszone pomieszczenia (luksus zresztą iluzoryczny, bo podłoga w nich jest taki sam piasek jak na zewnątrz, nad łóżkami za to muszą rozpinać moskitiery, która to uciążliwa konieczność omija "niższe szarże" - studentów i gości - mieszkańców namiotów rozbitych pośrodku podwórza). Drzwi do "jadalni", czyli drewniana rama obita druciana siatka, ozdobione są odręcznym napisem, który ktoś wykaligrafował przed laty na niewielkim kartoniku: Polish Expedition to Old Dongola. O takich luksusach jak prawdziwa łazienka należy tu szybko zapomnieć, zaraz na wstępie otrzymuje za to ostrzeżenie, ze po zmierzchu należy wkładać wysokie buty - jest to bowiem pora, gdy ze snu budzą się skorpiony, a wychodząc poza ogrodzenie można spotkać nawet pustynna żmiję, zwana przez miejscowych "żmiją siedmiu kroków". Człowiek przez nią ukąszony może ich bowiem zrobić najwyżej siedem... Trzeba rzeczywiście wielkiej pasji, aby przyjeżdżać tu corocznie, by z dala od nowoczesnej cywilizacji wydobywać z piasku pustyni zabytki dawnej kultury.

Klasztor

Poza ogrodzeniem domu rozciąga się krajobraz prawie księżycowy Jedynie od zachodu wąski pas zielonych zarośli i palm ciągnie się wzdłuż Nilu. Poza tym widać jedynie ogromna przestrzeń pustyni. Daleko na południu, nad płaskim horyzontem, widać wznoszącą się na skalnym wypiętrzeniu prostokątną bryle dawnej siedziby chrześcijańskich, a potem muzułmańskich władców Dongoli Całego terenu polskiej koncesji wykopaliskowej nie można objąć wzrokiem, obejmuje on bowiem obszar 140 hektarów. Aby dotrzeć do klasztoru, trzeba maszerować kwadrans przez pustynie. Nie widać go z daleka, gdyż widok przesłaniają łagodne wypiętrzenia, z których niejedno kryć może jeszcze jakieś pozostałości dawnego miasta. Przed rozpoczęciem wykopalisk na komie H - jak w języku archeologów określa się to wzniesienie - nie różnił się on specjalnie od innych jemu podobnych. Teraz zaś powoli odsłania ukryte w swym wnętrzu skarby. Wykopaliska na terenie zabudowań klasztornych rozpoczęto w grudniu 1991 roku. Już pierwszy sezon badań potwierdził ważność odkrytego obiektu: spod piasku wyłoniły się XII-wieczne malowidła pokrywające ściany pomieszczeń oraz wydrapane na ścianach napisy koptyjskie, nubijskie i greckie. Pośród ściennych malowideł znalazły się wizerunki Chrystusa, postacie świętych i aniołów oraz nubijski biskup o czarnej twarzy. Ponieważ obiekty te pochodziły zaledwie z części odsłoniętych pomieszczeń klasztoru, należało się spodziewać, ze dalsze badania przyniosą równie cenne znaleziska.

Biskup Georgios

Sezon wykopaliskowy 1993 roku zapowiadał się obiecująco Doktor Stefan Jakobielski, kierujący dongolańską ekspedycja Centrum Archeologii Śródziemnomorskiej Uniwersytetu Warszawskiego w Kairze, jeszcze przed jego rozpoczęciem spodziewał się ważnych odkryć. Zapowiadały je znalezione w poprzednim sezonie na terenie klasztoru graffiti (napisy na ścianach), wykonane przez odwiedzających go kiedyś gości, oraz inskrypcje religijne, miedzy innymi fragment tekstu liturgicznego z liturgii świętego Marka. Znaleziony wówczas tekst staronubijski zawierał wzmiankę o arcybiskupie Georgiosie (po naszemu - Jerzym), którego wizerunku można się było domyślać w malowidle przedstawiającym nubijskiego dostojnika o czarnej twarzy. Dzieje tej właśnie ważnej dla historii Dongoli postaci odsłoniła stela pochodząca z 1113 roku, a wiec z czasów, gdy w Polsce panował Bolesław Krzywousty. Grecki napis na steli zawierał wiadomości o życiu Georgiosa: na tronie biskupim Dongoli zasiadał on przez lat pięćdziesiąt, zmarł w wieku 82 lat. Był jednocześnie archimandryta (opatem) klasztoru. Wiemy tez, ze godność metropolity Nubii mógł otrzymać Georgios po śmierci biskupa Wiktora, około roku 1089. Tekst inskrypcji staronubijskiej umieszczonej nad grobem określa Georgiosa jako arcybiskupa od Świętej Trójcy - to kolejna ważna wiadomość, przed odkryciem tego napisu nie wiadomo było bowiem, pod jakim wezwaniem był klasztor. Według wszelkiego prawdopodobieństwa to jemu właśnie klasztor zawdzięczał rozbudowę, jaka nastąpiła w drugiej połowie XI wieku. Tam tez został Georgios pochowany.

Krypta

- Obecności krypty można się było domyślać z odmiennego układu posadzki w jednym z pomieszczeń klasztoru - opowiadał mi doktor Stefan Jakobielski - w pobliżu podwyższenia-ambony wyłożonej marmurem importowanym zapewne przez Egipt z obszaru Śródziemnomorza. Spod usuniętej posadzki wyłoniło się ceglane sklepienie, którego środkowa część była już naruszona przed wiekami. Po wyjęciu cegieł ukazał się wąski pionowy szyb, na którego wschodniej ścianie rysowało się zamurowane wejście zalepione zaprawą, na której murarz sprzed wieków nakreślił palcem kształt krzyża. Po usunięciu zaprawy i cegieł oczom archeologów ukazało się wnętrze sklepionej beczkowo krypty grobowej o wymiarach 2,13 na 0,80 metra. Na posadzce znajdowały się ułożone ciasno zwłoki pięciu osób spowitych w całuny i bandaże, zachowane w doskonałym stanie na skutek procesu naturalnej mumifikacji. Zdaniem doktora Jakobielskiego są to zwłoki pięciu kolejnych opatów klasztoru, a wśród nich znajduje się niewątpliwie arcybiskup Georgios, którego stela umieszczona była tuz nad krypta. Nie okoliczność zbiorowego pochowku stanowiła jednak największa rewelacje, lecz fakt, ze cale wnętrze krypty pokryte jest szczelnie napisami malowanymi na białym tynku. Choć powstały one w XII wieku, wyglądają, jakby wykonano je wczoraj. Takiej ilości tekstów w krypcie grobowej nie znaleziono w Nubii jeszcze nigdy. Są pośród nich pisane po grecku wyjątki z Ewangelii, koptyjskie teksty narracyjne o życiu Marii, wielki grecki tekst magiczny, zawierający modlitwy i zaklęcia mające chronić zmarłych Tak wielka ilość inskrypcji w jednym grobie chrześcijańskim stanowi unikat w skali światowej.

Malowidła

Inna rewelacja, jakiej dostarczył klasztor, były malowidła, które porównać można do wspaniałych dziel nubijskich malarzy odkrytych niegdyś przez profesora Michalowskiego w Faras. Wśród nich wyróżnia się postać króla nubijskiego z korona w dłoni, ubranego w typowo bizantyńskie szaty. Król znajduje się pod opieka Trójcy Świętej wychylającej się zza chmur. Znaleziono tez sceny narracyjne prawdopodobnie związane z życiem mnichów, sceny ze Starego i Nowego Testamentu, malowidło przedstawiające Młodziankow w piecu ognistym, Marie z Dzieciatkiem, Chrystusa, postać depczącą smoka, scenę Narodzenia i wiele innych.

Kompleks klasztorny, leżący poza miastem, otoczony był cmentarzami, w kryptach zaś chowano osoby w jakiś sposób związane z klasztorem. Obecnie odkrywana część jego zabudowań stanowiła prawdopodobnie ksenon, czyli rodzaj przytułku lub szpitala, gdzie chorzy doznawali cudownych uzdrowień, w czym pomagała im zapewne bliskość pochówków świątobliwych mężów W odróżnieniu od przyklasztornego cmentarza niektóre krypty były obiektem szczególnej weneracji, stad obecność pomieszczeń umożliwiających odbywanie nabożeństw poświeconych zmarłym, wyposażonych w ołtarze i ambony. Aneks klasztorny mógł być tez rezydencja biskupów.

Odkryte tu malowidła (jest ich już siedemdziesiąt, a lata następne sprawia zapewne, ze Dongola przewyższy pod tym względem Faras, gdzie odkryto ich około 120) maja szczególne znaczenie dla poznania sztuki Nubii chrześcijańskiej, stanowią bowiem dekoracje klasztoru - rzecz przedtem z terenu Nubii nie znana, malowidła z Faras zdobiły bowiem wnętrza kościelne. Inny jest tu wiec repertuar tematów Są tu wizerunki miejscowych donatorów przedstawionych pod opieka świętych, mnisi, biskupi, archiprezbiterzy i kapłani w strojach liturgicznych. Nowością pośród znanych przedtem zabytków Nubii są tez przedstawienia proroków Jeremiasza i Ezdrasza, a także Madonny karmiące (jedna z nich równocześnie zajmuje się przędzeniem) i malowane opowieści narracyjne, czyli złożone z kilku scen.

O życiu codziennym klasztoru

Dowiadujemy się z licznych inskrypcji pokrywających ściany pomieszczeń Są wśród nich napisy dedykacyjne (prośby o boska opiekę dla fundatora) lub zwięzłe podpisy do malowideł, a także liczne podpisy pozostawione na ścianach przez gości odwiedzających klasztor. Pośród kilkudziesięciu utrwalonych w ten sposób imion znajdujemy greckie - jak Paulos, Petros, Joannes, Marianos czy Zacharia - a także imiona nubijskie, dotychczas nie znane, jak Metaeit czy Gurranga. Napisy na naczyniach wymieniają kilku archimandrytów klasztoru Trójcy Świętej, jak Marianos czy Lazaros (te zastawę stołową wyrzucono na śmietnik w początkach XIV wieku).

Najbardziej efektowne owoce tegorocznych wykopalisk

to monumentalne malowidła, szczególnie zaś poświecona Georgiosowi wielka figura archanioła, biorącego pod swe opiekuńcze skrzydła zarówno jego, jak i - umieszczonych na bocznych ścianach pomieszczenia - dwunastu apostołów Inskrypcja wymieniająca jego imię każe się bowiem domyślać tej zasłużonej dla klasztoru postaci w wizerunku ciemnoskórego Nubijczyka. Jest on w niej określony jako archiprezbiter, a zatem malowidło wykonane zostało zanim Georgios został biskupem, która to godność sprawował przez pół wieku. Niestety, jego postać zachowana jest jedynie od pasa w dół (kolor skory rozpoznać można na ręce), twarz Georgiosa przepadła zatem na zawsze.

Tegoroczna eksploracja pomieszczeń w tej części klasztoru (zbudowanych zapewne za sprawa Georgiosa) przyniosła odsłonięcie pomieszczenia, które mogło służyć do konsekracji chleba eucharystycznego, z ołtarzem przy wschodniej ścianie i wymalowanym na ścianie wizerunkiem Chrystusa Pantokratora na tle gwiazd. Obok znajduje się związana z malowidłem grecka inskrypcja liturgiczna dotycząca Ofiarowania. Odkryto tez inne inskrypcje: towarzysząca przedstawieniu dwunastu apostołów i wielka (choć bardzo zniszczona) inskrypcje staronubijska.

Małą sensacja stało się odnalezienie wielkiego żelaznego klucza z brązową raczka (w pomieszczeniu używanym w średniowieczu jako śmietnik). Nie tylko sam przedmiot stanowi zupełny unikat. Uderzające jest również to, ze przypomina on bardzo klucz trzymany w ręku przez świętego Piotra na wspomnianym malowidle przedstawiającym dwunastu apostołów Jest to wiec dowód na to, ze klucz z malowidła nie jest czysta fantazja malarza - podobne przedmioty mógł on bowiem oglądać w klasztorze, którego ściany ozdabiał Znaleziono tez niewielką - kilkucentymetrowej wysokości - ikonke na płytce miedzianej, przedstawiającą twarz świętego. To również wielka rzadkość, tym bardziej że ikony, wykonywane zazwyczaj na drewnie, łatwo ulegały zniszczeniu.

Skopiowane ze ścian inskrypcje (specjalność doktora Stefana Jakobielskiego) i malowidła (specjalność doktor Małgorzaty Martens-Czarneckiej) staną się później, już w Warszawie, obiektem szczegółowych studiów, które pogłębią nasza wiedze o dziejach klasztoru, Dongoli i całej Nubii chrześcijańskiej.

Przez krotki czas - zanim zostaną osłonięte ochronnym dachem z palmowych gałęzi i gliny - twarze mnichów, świętych i archaniołów lśnią w promieniach afrykańskiego słońca Sytuacja to dla nich niezwykła, trzeba bowiem pamiętać, ze chrześcijańscy mnisi i malarze sprzed prawie tysiąca lat oglądać je mogli w ciemnościach rozpraszanych jedynie wątłym płomykiem lampki oliwnej lub niespokojnym blaskiem pochodni.

JERZY CIECHANOWICZ

Dalszy ciąg artykułu na kolejnej stronie