[ Strona główna ]

RACJE

Numer 15

Październik 2024


Andrzej Lipiński w rozmowie z Klausem Hurrelmanem

ZROZUMIEĆ MŁODYCH


Brak wizji przyszłości, lęk i niepewność o jutro rodzą u młodzieży tęsknotę i marzenia o państwie narodowym, z jego zamkniętymi granicami, jasnymi regułami życia, ze starymi, „bezpiecznymi” strukturami - uważa prof. Klaus Hurrelman.



Andrzej Lipiński: Obserwując młodych ludzi dziś, jak w zwierciadle, widzimy nasze społeczeństwo za lat kilka. Jaki jego obraz się z takiego lustra wyłania?

Klaus Hurrelmann: Widać tam społeczeństwo o otwartych horyzontach. Jego przedstawiciele dostrzegają wiele możliwości i opcji kształtowania własnego życia, wiele alternatyw dla drogi zawodowej. Ale obraz ten ma także swoją ciemną stronę – młodych dręczy totalna niepewność co do tego, które z tych niezliczonych ofert w sferze edukacyjnej, zawodowej czy w życiu prywatnym warto realizować, które mogą być dla nich korzystne. Młodym ludziom w szybko zmieniającym się świecie doskwiera brak możliwości precyzyjnego zaplanowania kolejnych 5-7 lat, nie mówiąc już o tym, jak miałoby wyglądać ich życie w dalszej przyszłości.


Ach ci młodzi, nie wiedzą czego chcą... Dorośli od zarania dziejów oceniali młodych dość krytycznie. Czy to jakaś cecha gatunku: niekompatybilność potomstwa z pokoleniem rodziców?

Rzeczywiście można tu rozpoznać pewien schemat – dorośli zawsze mają obawy, że poglądy młodych są zagrożeniem dla obowiązującego porządku zbudowanego przez starsze pokolenia. Częścią tego schematu jest przekonanie, że młodzi ludzie nie potrafią myśleć przyszłościowo, nie wiedzą, czego chcą, a w związku z tym nie są w stanie kontynuować naszej misji. Tego typu uogólnienia noszą znamiona mechanizmu wypierania. Starsze pokolenia doskonale zdają sobie sprawę, że świat na ich oczach zmienia się w zawrotnym tempie. Starsi wiedzą, że aby nie odpaść z gry, powinni pójść za przykładem młodych i dostosować się do zmian. To jednak nie przychodzi im łatwo – nie mają bowiem pewności, czy poradziliby sobie z otwartą i niepewną przyszłością i czy byliby w stanie sprostać wyzwaniom nowych technologii i cyfrowej rzeczywistości. Przyznanie się do tej niepewności to rzecz niesłychanie trudna, stąd ucieczka w krytykowanie młodego pokolenia. Jednocześnie dorośli z zaciekawieniem przyglądają się, jak młodzi radzą sobie z życiem, przeczuwają bowiem, że przyszłość postawi przed nami zupełnie nowe wyzwania, i że być może intuicja podsunie młodym ludziom właściwe odpowiedzi.


Może w takim razie to dorośli są sednem problemu - skoro swoją skostniałą wizją świata ograniczają młode pokolenie w jego odwiecznym poszukiwaniu nowych dróg?

Tak uważam. Dodatkowym utrudnieniem są tu skutki oddziaływania pewnej specyfiki pokoleniowej. Ludzie z grupy wiekowej między 50 a 65 rokiem życia, należący do pokolenia powojennego wyżu demograficznego i piastujący dziś niemal 50 procent kluczowych stanowisk we wszystkich obszarach życia społecznego, to generacja, która wyjątkowo aktywnie kształtowała dzisiejszy świat. Są to ludzie pewni siebie i świadomi swoich możliwości, tacy, którzy wiedzą, jak korzystać z władzy i jak kierować procesami społecznymi. Sukces, jaki odnieśli, i ich silny wpływ na oblicze współczesnego świata, sprawiają, że trudno im sobie wyobrazić, by można było postępować inaczej. Jest to grupa liczebnie dwa razy silniejsza od następnych pokoleń, stąd ten brak demograficznej równowagi. Ludzie z tej grupy wiekowej zaczynają powoli rozumieć, że ich czas dobiega końca i że powinni zacząć słuchać głosu młodych, mimo że wydaje im się on dziwny, a czasem wręcz destrukcyjny.


Czy tu rysuje się jakiś silny konflikt między pokoleniami?

Problem jest bardziej złożony. Relacje dzisiejszej młodzieży z rodzicami są jednak wyjątkowo dobre. Prowadzone cyklicznie przez koncern Shell´a badania dotyczące kondycji młodego pokolenia w Niemczech potwierdzają, że młodzi ludzie bardzo często widzą w rodzicach ważny wzorzec wychowawczy, że w przyszłości podobnie chcą wychowywać własne dzieci. Rodzice są dla młodzieży ostoją bezpieczeństwa, stabilności i dobrobytu, czyli wartości, które młodemu pokoleniu nie wydają się dziś tak oczywiste i w równym stopniu osiągalne. Dlatego młodzi szukają bliskiego kontaktu z rodzicami i próbują stworzyć z nimi sojusz. Co nie zmienia faktu, że rodzice podświadomie najpierw reagują sceptycznie na poczynania młodych ludzi.


Pozytywny obraz stosunku pokolenia Y, czyli ludzi urodzonych w latach 1985-2000, do własnych rodziców kłóci się z faktem, że półki naszych księgarń uginają się od poradników wychowawczych... Czy rodzice widzą swoje relacje z dorastającymi dziećmi równie pozytywnie?

Z historycznego punktu widzenia zadowolenie rodziców z relacji z własnymi dziećmi jest tak duże, jak nigdy dotąd. Dorośli pragną, by ich dzieci czynnie uczestniczyły w życiu rodzinnym, nie protestują też, gdy te zbyt długo nie wyfruwają z rodzinnego gniazda. Chcą w sposób świadomy przeżywać zmaganie się własnych dzieci z życiowymi wyzwaniami, m.in. ze skutkami cyfrowej rewolucji. Chętnie uczą się też od dzieci nowych strategii funkcjonowania w nowoczesnym społeczeństwie. W bezpośrednich relacjach współcześni rodzice nie odrzucają więc swoich dzieci, chcą być dobrymi rodzicami i nieraz chętnie sami uważnie wsłuchują się w ich głos. Jedynie w bardzo ogólnych sondażach, badających stosunek dorosłych do „młodego pokolenia”, przebija się ów odwieczny pokoleniowy sceptycyzm starych wobec młodych.


Dawniej przejście ze świata dzieciństwa w dorosłość było ledwo zauważalnym epizodem. Dzisiaj okres tak zwanej młodości zaczyna się wcześnie i trwa do 25 roku życia albo i dłużej. Dlaczego faza dorastania tak się rozciągnęła?

To jest oczywiście uwarunkowane kulturowo. Z punktu widzenia biologii, wraz z pojawieniem się okresu dojrzewania, człowiek przechodzi z dzieciństwa w okres młodzieńczy. Ten moment przesunął się w czasie ostatnich 200 lat o około 5-6 lat, okres dzieciństwa znacznie się skrócił i kończy się dziś w krajach Europy przeciętnie w wieku 12,5 lat. Faza młodzieńcza zaczyna się więc stosunkowo wcześnie i trwa bardzo długo, m.in. dlatego, że wydłużył się również średni czas edukacji, a jednocześnie pogorszyły się warunki i okoliczności wkroczenia w życie zawodowe. W efekcie młodzi ludzie coraz później osiągają status dorosłego, który w naszej kulturze przyznaje się dopiero temu, kto potrafi zadbać o swój własny byt. Poza tym ten moment przejściowy często trudno rozpoznać, jest on płynny i niekonkretny, dlatego nierzadko rozróżnienie między młodocianym a dorosłym nie jest proste. Pochodną tego jest często spotykana fascynacja dorosłych światem młodzieży i naśladowanie młodzieńczego stylu życia.


Moi dziadkowie nigdy nie narzekali na problemy wychowawcze, mimo że musieli radzić sobie z całą gromadką dzieci i nie mieli w ręku żadnego poradnika. Dzisiaj rodzice często nie radzą sobie z jednym dzieckiem, chociaż zaliczają jeden po drugim warsztaty pedagogiczne, a psychologia to nierzadko ich główne hobby. Czy to nie paradoks?

Długość okresu młodzieńczego jest z pewnością jedną z przyczyn takiego stanu. Trwa on z reguły ok. 15 lat i nie mamy tu żadnych historycznych wzorców. Poza tym w rodzinie z jednym czy nawet z dwójką dzieci mamy do czynienia z całkowicie zmienioną dynamiką i strukturą metod wychowawczych: trudno już odwoływać się do tradycyjnego podziału ról matki, ojca i dziecka, niełatwo jest dziś kierować się w wychowaniu katalogiem sztywnych wzorców społecznych. Dawniej rodzice nie potrzebowali poradników, bo w ich otoczeniu wszyscy postępowali podobnie. Nikt nie musiał nikomu objaśniać i uzasadniać tradycyjnych reguł i zaleceń. Dzisiaj to już nie funkcjonuje. Ludzie decydujący się na jedno lub dwójkę dzieci, z reguły bardzo świadomie podejmują taką decyzję, rozważywszy wcześniej wszystkie jej plusy i minusy. Dziecko nierzadko staje się przedłużeniem ich własnego ego, dlatego też dbają o to, by zapewnić mu jak najlepszy rozwój. Starają się być empatyczni, wczuwają się w jego potrzeby, próbują je zawsze zrozumieć i wspierają ze wszech sił rozwój jego wyjątkowych zdolności. Sprostanie wszystkim tym wymogom to zadanie bez porównania trudniejsze niż bycie „zwykłym” rodzicem. Wychowanie nabrało przez to zupełnie innej jakości niż jeszcze 30 lat temu, dzisiaj jednym z jego najważniejszych aspektów stała się dobra relacja rodziców z dzieckiem.


Winą za problemy wychowawcze często obarcza się społeczeństwo z wszystkimi jego instytucjami, w pierwszej linii z systemem edukacji. Ale czy nie ma w tym ignorowania – a przynajmniej umniejszania roli rodziny?

To rzeczywiście temat pomijany w debacie społecznej. Tymczasem wyniki badań pokazują jednoznacznie, że największy wpływ na rozwój osobowości i potencjału dziecka mają rodzice, a pierwsze lata życia, w których dziecko pozostaje głównie pod ich opieką, to faza decydująca o cechach osobowości i przebiegu późniejszej edukacji. Zaniedbania ze strony rodziców w tym okresie odbijają się wyjątkowo niekorzystnie na rozwoju dziecka i z reguły mają negatywny wpływ na całe jego życie. Tymczasem jakość wychowania często pozostawia wiele do życzenia i nie zawsze jest dla dziecka optymalnym podłożem dla dalszej edukacji i stabilnym fundamentem przyszłego życia. Stąd tak rażący brak równych szans w naszym społeczeństwie.


W tym ważnym okresie, gdy dzieci są małe, wielu rodziców potrzebowałoby silnego wsparcia od społeczeństwa?

Zdecydowanie tak! Uważam, że potrzebujemy czegoś w rodzaju treningu rodziców. Wielu współczesnych rodziców jest zmotywowanych i sami starają się poszerzać własne kompetencje, np. czytając wspomniane wcześniej poradniki, ale to za mało. Oprócz tego potrzebny jest profesjonalny program treningów rozwijający ich wiedzę i kompetencje wychowawcze. Należałoby realizować go na zasadzie partnerstwa i ścisłej współpracy zarówno ze szkołami, jak i z wszystkimi placówkami wychowawczymi dla dzieci najmłodszych i przedszkolnych.


Czy zawrotne tempo zmian technologicznych ostatnich 20-30 lat jest poważnym zagrożeniem międzypokoleniowej więzi? Czy rodzice są w stanie zrozumieć język i sposób myślenia dzisiejszej młodzieży?

Nasz horyzont doświadczeń rzeczywiście diametralnie różni się od doświadczeń i perspektywy obecnego pokolenia młodych. Zadaniem, ale również szansą, starszego pokolenia jest, jak już wspomniałem, wsłuchanie się w głos młodych i spróbowanie spojrzenia na świat ich wzrokiem. Możemy na tym naprawdę skorzystać, wszak dzisiejsza młodzież jest na bieżąco z nowymi wyzwaniami i zmieniającą się nieustannie rzeczywistością. Jeśli więc uda nam się zrozumieć świat młodych ludzi, jeżeli włączymy ich w pełni w nasze życie rodzinne, pozwolimy im współdecydować o życiu szkoły, będziemy wspierać ich integrację na rynku pracy i zadbamy o to, by ich głos był słyszalny także w sferze politycznej, skorzystamy na tym jako społeczeństwo i sami nie stracimy kontaktu ze zmieniającym się na naszych oczach światem. Nie zapominajmy przy tym, by stale korygować i na nowo dostrajać własne wyobrażenia do wizji młodych i przynajmniej próbować znaleźć z nimi wspólną płaszczyznę.


A więc jedyna możliwość zrozumienia języka młodych to stałe poszerzanie własnych horyzontów, dokształcanie się i nieustanne próby zrozumienia zachodzących wokół zmian?

Zgadza się. Dlatego uważam to za prawdziwy dramat, że dziś głos młodego pokolenia nie ma większej siły przebicia, zwłaszcza w debacie politycznej, gdzie ze względów demograficznych pozycja młodych jest stosunkowo słaba. Doskonałym przykładem tego stanu, obrazującym, jak bardzo liczebna przewaga starszych pokoleń determinuje wyniki ważnych decyzji politycznych, jest Brexit. Jeżeli zatem nie uda nam się wsłuchać w głos młodych i w związku z tym ich wpływ na procesy społeczne nadal pozostanie tak słaby, to z czasem międzypokoleniowa przepaść będzie coraz większa a wzajemne porozumienie coraz trudniejsze.


Czy niepewna przyszłość i poczucie wykluczenia z procesów społecznych odpowiadają za to, że tak łatwo omamić dziś młodzież wstecznymi ideami i pozorami bezpieczeństwa?

Jak najbardziej. Za tym kryje się tęsknota za starymi, bezpiecznymi strukturami, marzenie o państwie narodowym z jego granicami i jasnymi regułami życia. To także pragnienie stabilności i zrozumienia, kim się naprawdę jest. Siłą napędową tego mechanizmu jest faktycznie wspomniany wcześniej brak konkretnej wizji przyszłości i wynikające z niego lęki i niepewność.


Pytanie „Jak zrozumieć język młodych?” pozostaje więc nadal otwarte. Ale czy nie wystarczyłoby uciec się do recepty, która zawsze była gwarancją dobrych relacji rodziców z dziećmi – pełna miłości i wsparcia postawa wobec dziecka połączona ze zdrową dawką konsekwentnych i opartych na wzajemnym szacunku reguł i metod wychowawczych?

Myślę, że to bardzo dobra recepta. Wzajemny stosunek rodziców i dzieci ma dziś charakter bardziej indywidualny, jest w nim więcej wymagań po obu stronach, ale także więcej wrażliwości. To obraz pozytywny. Uznanie, wzajemny szacunek, ciekawość i wsłuchiwanie się w głos dziecka, to naprawdę najlepsze formy budowania dobrej relacji. Ale ważne jest również to, by dorosły jasno określił własną pozycję i potrafił wyjaśnić, dlaczego myśli i postępuje tak a nie inaczej. W kontaktach z młodymi powinniśmy być autentyczni, nie możemy ukrywać przed nimi własnych uczuć i emocji, nie możemy też unikać konfrontacji. Tak duża otwartość jest niezwykle trudna i wymaga zbudowania nowej formy autorytetu, wolnej od klasycznej argumentacji w stylu: „Bo jestem twoim rodzicem!”. Dziś mamy obowiązek uzasadnienia naszych postaw i zachowań wobec młodych ludzi. Jednocześnie nie możemy ignorować ich poglądów i musimy dokładać wszelkich starań, by zrozumieć ich punkt widzenia.


Amerykańska pisarka, laureatka nagrody Nobla, Pearl Buck, już ponad pół wieku temu stwierdziła: „Młodzi powinni iść własnymi drogami, ale od czasu do czasu jakiś drogowskaz z pewnością im nie zaszkodzi” ...

To prawda. Młodzi sami powinni wybierać własną drogę. Jeżeli wydaje się ona rozsądna, możemy jedynie utwierdzać ich w tym wyborze. Ale nie można wykluczyć, że czasem wyrwie nam się ostrzeżenie „Moim zdaniem podążasz w złym kierunku”. Myślę, że motto Pearl Buck to rzeczywiście najlepszy sposób na osiągnięcie międzypokoleniowego porozumienia.



prof. Klaus Hurrelmann

niemiecki naukowiec zajmujący się naukami społecznymi, edukacją i zdrowiem; studiował socjologię, psychologię i edukację na Uniwersytetach w Münster i Fryburgu oraz University of California w Berkeley, doktoryzował się z socjologii, jego praca habilitacyjna nosi tytuł „System edukacyjny i społeczeństwo”; od 2009 r. pracuje jako profesor zdrowia publicznego i edukacji w Hertie School of Governance w Berlinie.



Wywiad ukazał się w magazynie psychologicznym „Charaktery”, marzec 2018 r.





Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"