[ Strona główna ]

RACJE

numer 10

Listopad 2022


Thomas Nagel

ŚMIERĆ JAKO NIEISTNIENIE... NA ZAWSZE


Wszyscy umieramy, ale nie każdy uważa śmierć za to samo. Niektórzy są przekonani, że przeżyją śmierć ciała, pójdą do Nieba, Piekła czy jeszcze gdzie indziej, staną się duchem, wrócą na Ziemię w innym ciele, może nawet nie jako ludzie. Inni wierzą, że przestaną istnieć – że ,,ja” znika w chwili śmierci ciała. Gdy jeden jest tym przerażony, drugi – nie. Mówi się czasem, że nie możemy przedstawić sobie własnego nieistnienia, tak że nie możemy naprawdę być przekonani, że śmierć położy kres naszemu istnieniu. Ale nie wydaje się, żeby to była prawda. Oczywiście, nie możesz przedstawić sobie własnego nieistnienia od wewnątrz. Nie możesz sobie przedstawić, jak to jest być całkowicie unicestwionym, ponieważ od wewnątrz byłoby to niczym. W tym sensie jednak nie możesz przedstawić sobie, jak to jest być pozbawionym świadomości, choćby na jakiś czas; to, że nie możesz przedstawić sobie tego od wewnątrz, nie znaczy, że w ogóle sobie tego nie możesz przedstawić. Musisz po prostu pomyśleć o sobie od zewnątrz, o sobie nieprzytomnym czy głęboko uśpionym. A jeśli nawet musisz być świadomy, żeby to pomyśleć, nie wynika stąd, że myślisz o sobie jako świadomym. Tak samo jest ze śmiercią. Żeby wyobrazić sobie unicestwienie siebie, musisz pomyśleć o tym od zewnątrz – pomyśleć o tym własnym ciele, gdy już niczego nie doznaje i uszło zeń całe życie. Żeby coś sobie wyobrazić, nie musisz wyobrażać sobie, jakie byłyby twoje przeżycia, gdybyś tego doświadczył. Gdy wyobrażasz sobie własny pogrzeb, nie wyobrażasz sobie, że jesteś obecny na tym pogrzebie, co jest zdarzeniem niemożliwym: wyobrażasz sobie, jak by to wyglądało dla kogoś innego. Żyjesz, oczywiście, gdy myślisz o własnej śmierci, ale nie jest to bardziej dziwne, niż to, że jesteś świadomy, gdy wyobrażasz sobie siebie pogrążonego w nieświadomości. Problem życia po śmierci wiąże się z zagadnieniem ciała i umysłu, którym już się zajmowałem. Dualizm – jeśli jest słuszny, jeśli człowiek jest złożeniem duszy i ciała – pozwala zrozumieć, jak życie po śmierci mogłoby być możliwe. Dusza musiałaby móc istnieć i przeżywać samodzielnie, bez udziału ciała, a więc zamiast ulegać zniszczeniu po jego śmierci, mogłaby je opuścić. Nie byłaby (chyba że w nowym wcieleniu) zdolna do tego rodzaju przeżyć, które uwarunkowane są przez związek z ciałem, jak przeżycia, działania czy percepcji zmysłowej, ale mogłaby mieć życie wewnętrzne innego typu, mające inne przyczyny i podległe innym wpływom, zależne choćby od bezpośredniej komunikacji z innymi duszami. Powiedziałem, że życie po śmierci mogłoby być możliwe, gdyby dualizm był słuszny. Ale też mogłoby nie być możliwe, ponieważ przetrwanie duszy i ciągłość jej świadomości mogłyby wymagać tego rodzaju wsparcia i napływu bodźców, jakie daje jej ciało, które zamieszkuje – a mogłaby nie być w stanie przenieść się w inne ciało. Jeśli jednak dualizm nie ma racji, a procesy psychiczne są całkowicie uzależnione od biologicznego funkcjonowania mózgu i reszty organizmu, to życie po śmierci ciała nie jest możliwe. Ściślej mówiąc, psychiczne życie po śmierci wymagałoby powrotu życia biologicznego, fizycznego: wymagałoby, aby ciało wróciło do życia. Być może będzie to kiedyś możliwe: będziemy może w stanie zamrażać ciało w chwili śmierci, tak żeby później dzięki zaawansowanym technikom medycznym naprawić w nim to, co się zepsuło i przywrócić je do życia. Choćby nawet było to możliwe, ciągle jednak można by pytać, czy ów ktoś, kto zostaje w paręset lat później ożywiony, jest tobą czy kimś innym. Być może, gdyby zamrożono cię po śmierci, a potem ożywiono twoje ciało, to nie ty wróciłbyś do życia, ale ktoś bardzo do ciebie podobny; pamiętający twą przeszłość. Jeśli nawet możliwe stałoby się pośmiertne ożywienie tego samego ,,ja” w tym samym ciele, to nie rozumie się zwykle przez to życia po śmierci. Życie po śmierci oznacza zwykle życie bez starego ciała. Niełatwo rozeznać, jak moglibyśmy rozstrzygnąć, czy mamy zdolną do samodzielnego istnienia duszę. Wszelkie świadectwa pochodzą sprzed śmierci, a życie świadome jest całkowicie uzależnione od tego, co dzieje się w systemie nerwowym. Na gruncie zwykłej obserwacji, z wyłączeniem przekonań religijnych czy twierdzeń spirytystów, że komunikują się ze zmarłymi, wiara w życie pozagrobowe pozbawiona jest racji. Ale czy jest to uzasadnieniem tego, że nie ma życia pozagrobowego? Moim zdaniem – tak, jeśli jednak wolisz, możesz być neutralny. W sytuacji braku świadectw wszakże, można po prostu wierzyć w życie pozagrobowe. ja sam wprawdzie nie w pełni rozumiem, jak podobne z wiary płynące przekonanie jest możliwe, ale niektórzy bez wątpienia dają sobie z tym radę, a nawet sądzą, że to całkiem naturalne. Chciałbym teraz przejść do drugiej części zagadnienia: jaki powinien być nasz stosunek do śmierci? Chodzi mi nie tyle o stosunek do śmierci innych, ile o to, jaka powinna być racjonalna postawa wobec własnej śmierci. Czy o tym, że umrzesz, powinieneś myśleć z przerażeniem, ze smutkiem, obojętnością, a może z ulgą? Zależy to oczywiście od tego, czym jest śmierć. O ile śmierć nie jest końcem życia, będzie czymś smutnym bądź radosnym, zależnie od tego dokąd w końcu trafi twoja dusza. Naprawdę trudne i najbardziej filozoficzne pytanie brzmi wszakże, jaki powinien być nasz stosunek do śmierci, jeśli stanowi ona kres istnienia. Czy to przerażające przestać istnieć? Ludzie różnie do tego podchodzą. Niektórzy sądzą, że nieistnienie, bycie niczym nie może w ogóle być dobre bądź złe dla zmarłego. Inni unicestwienie, odebranie jakiejkolwiek szansy na przyszłość poczytują za zło najwyższe, jeśli nawet wszyscy musimy go doświadczyć. Są i tacy, zdaniem których śmierć jest ostatecznie - jeśli tylko nie przychodzi za wcześnie - łaską, ponieważ życie wieczne byłoby nieznośnie nużące. Jeśli śmierć, a potem już nic, jest dobrem bądź złem dla umierającego, musi być negatywnie dobra bądź zła, skoro sama w sobie jest niczym, nie może być ani przyjemna, ani nieprzyjemna. Jeśli jest dobrem, to tylko dlatego, że jest brakiem jakiegoś zła (jak znużenie czy ból); jeśli jest złem, to dlatego tylko, że jest nieobecnością jakiegoś dobra (jak ciekawe czy przyjemne przeżycia). Mogłoby się teraz wydać, że śmierć nie może mieć żadnej wartości ani pozytywnej, ani negatywnej, a to ponieważ kogoś nieistniejącego nie może spotkać nic dobrego ani złego: w końcu nawet negatywne dobro czy zło musi przydarzyć się komuś. Przy bliższym wejrzeniu nie jest to jednak naprawdę istotne. Otóż jest sens mówić, że śmierć jest czymś dobrym bądź złym dla kogoś, kto już nie istnieje. Wyobraź sobie na przykład człowieka, który został uwięziony w płonącym budynku; ze stropu obrywa się belka, uderza go w głowę i ginie on na miejscu. W rezultacie omija go agonia w płomieniach. Możemy, jak się wydaje, uznać, że miał szczęście, ginąc bezboleśnie, ponieważ uniknął czegoś gorszego. Taka śmierć jest negatywnie dobra, ponieważ oszczędza pozytywnego zła, jakim byłoby cierpienie przez długie minuty. Choć już go nie ma i nie może odczuć owego negatywnie dobrego zrządzenia losu, nie znaczy to, iż nie jest ono w ogóle dobre dla niego. Mówiąc ,,dla niego" mam na myśli tego człowieka, który by żył i cierpiał, gdyby nie zginął. Coś podobnego da się powiedzieć o śmierci jako negatywnym złu. Gdy umierasz, wszystko „co dobre” się kończy: nie będziesz więcej jadł, chodził do kina, podróżował, rozmawiał, kochał, koniec z pracą, książkami, muzyką i wszystkim w ogóle. Brak tego, co byłoby dobre, jest złem. Nie będziesz oczywiście za tym tęsknił – śmierć nie jest jak odosobnienie. Tym niemniej jasne wydaje się także to, że śmierć jest negatywnym złem dla kogoś, kto żył i żyć przestaje, skoro wraz z samym życiem kończy się wszystko, co w nim dobre. Gdy umiera znajomy, żal nam nie tylko nas samych, ale i jego – żal, że nie zobaczy dziś słońca, nie poczuje zapachu tostów. Jeśli na myśl o własnej śmierci odczuwasz żal, jest to w pełni zrozumiałe, bo skoro śmierć kończy wszystko dobre w życiu, jest czego żałować. Jak się jednak wydaje, w grę wchodzi coś jeszcze. Pragnienie, ażeby radości, jakie daje życie, nie ustawały, jest powszechne, ale niektórzy odczuwają strach na myśl o samym nieistnieniu; moje dotychczasowe wywody nie sięgają źródła tego strachu. Niełatwo oswoić się z myślą, że świat potoczy się dalej bez ciebie, że staniesz się niczym. Ale też nie jest jasne dlaczego. Godzimy się z tym, że kiedyś, zanim się urodziliśmy, nie istnieliśmy – dlaczego więc miałaby niepokoić nas perspektywa nieistnienia po śmierci? Nie wiemy. Strach przed śmiercią jest bardzo zagadkowy i ma inne źródła niż żal związany z utrata życia. Łatwo zrozumieć, że chcielibyśmy dalej żyć, dalej czerpać z życia, że więc uważamy śmierć za negatywne zło. Ale jak i dlaczego perspektywa własnego nieistnienia może być pozytywnie niepokojąca? Jeśli śmierć jest prawdziwym końcem istnienia, a więc nie ma się czego spodziewać, to czegóż się można obawiać? Ściśle rzecz biorąc, wydaje się, że śmierci należałoby obawiać się tylko wtedy, gdybyśmy najpewniej mieli ją przetrwać, ulegając przy tym jakiejś przerażającej transformacji. Wielu ludzi wszakże, nawet gdy zda sobie z tego sprawę, nie przestaje uważać nieistnienia za jedną z najgorszych rzeczy, jakie mogą im się przytrafić.






Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"