[ Strona główna ]

RACJE

numer 9

Lipiec 2022


Ophelia Benson

OSZUST



Jeden z najważniejszych powodów, dla których nie wierzę w potocznie rozumianego Boga, stanowi uderzający fakt, że nikt o nim nic nie wie. Jest to przyjmowana milcząco część definicji Boga – nadnaturalnej istoty, o której nic nie wiadomo. Twierdzenia, które wygłasza się o Bogu, w niczym nie przypominają prawdziwej wiedzy. Widać to natychmiast, kiedy tylko spróbuje się sporządzić CV owego Boga: jest on wiecznym, wszechmocnym, dobrotliwym, wszechwiedzącym stwórcą wszechświata i ma niebieskie oczy. Widzicie, o co mi chodzi. Wieczny, wszechmocny, dobrotliwy, wszechwiedzący – to po prostu idealne cechy, które powinien posiadać Bóg; z drugiej strony, niebieskie oczy są cechą szczegółową, i kiedy ktoś mówi, że Bóg ma właśnie takie oczy, nagle staje się jasne, że nikt tego naprawdę nie wie – a skoro tak, nie może również wiedzieć wszystkich pozostałych rzeczy.

Nie wiemy, czy Bóg ma niebieskie oczy. Nie wiemy, czy Bóg ma rude włosy. Nie wiemy, czy Bóg gra w koszykówkę. Nie wiemy, czy Bóg pija kawę. Nie mamy o tym pojęcia. Skąd w takim razie możemy wiedzieć", że Bóg jest wszechmocny lub wieczny? Nie wiemy tego. Po prostu zakłada się, że monoteistyczny Bóg będzie posiadał pewne cechy, które sprawią, iż stanie się on poważnym Bogiem dla dorosłych, lepszym niż frywolni lub kłótliwi bogowie w rodzaju Kali, Lokiego czy Ateny. (Co dziwne, pozostawia się miejsce dla jednej szczegółowej cechy: „wiemy", że Bóg jest rodzaju męskiego. Bóg jest bardziej idealny, abstrakcyjny i uogólniony niż Afrodyta i Freja, nie należy także do tej szczególnej, mocno stąpającej po ziemi, niebieskookiej, lubującej się w kawie płci; należy do innej, ogólnej, abstrakcyjnej płci: jest mężczyzną). Nie wiemy, czy Bóg jest wszechmocny – po prostu zakładamy, że każdy, kogo nazywamy Bogiem, musi być wszechmocny, ponieważ jest to część definicji, a skoro wiemy, że Boga nazywa się Bogiem, musi on być wszechmocny. To dość chwiejny rodzaj wiedzy. Dostarcza ona również wielu godzin rozrywki, kiedy zadajemy sobie pytania w rodzaju: czy Bóg jest w stanie stworzyć grejpfruta, który będzie tak ciężki, że on sam nie zdoła go podnieść.


Choć wiedza na temat Boga jest bardzo mglista, zewsząd słychać ludzi, którzy mówią tak, jakby rzeczywiście wiedzieli o Bogu wszystko, jakby mogli to wiedzieć i jakby nie istniały żadne przeszkody w zdobyciu tej wiedzy. Wielu ludzi uważa, że wiedzą o „Bogu" rzeczy, o których tak naprawdę nie wiadomo, skąd mieliby je wiedzieć, a nawet takie, którym wydaje się przeczyć wszystko, co widzimy wokół nas. Dziwne, że według nich owe sprzeczności nie podważają tej wiedzy.


Ludzie sądzą, że wiedzą, iż Bóg jest dobry, troszczy się o wszystko i nad wszystkim czuwa; uważają, że kiedykolwiek spotyka ich coś dobrego albo kiedy o włos omija ich coś nieprzyjemnego, jest to zasługa Boga. Mimo to najwyraźniej nie uznają, że Bóg jest odpowiedzialny za sytuacje, w których spotyka ich coś złego lub kiedy o włos omija ich coś dobrego. Ludzie, którzy przeżyli huragan, trzęsienie ziemi lub inną katastrofę, mówią, że Bóg ich uratował, ale nie mówią, że Bóg zabił lub okaleczył wszystkie pozostałe ofiary. Sportowcy startujący w olimpiadzie mówią, że Bóg jest wielki, kiedy zdobywają złoty medal, ale nie twierdzą, że Bóg jest zły, jeśli przekroczą linię mety na czwartym czy dwudziestym miejscu, a tym bardziej nie czynią tak, jeśli dotyczy to innych osób.

Oczywiście, na tym właśnie polega boska epistemologia: jest tak niezwykle elastyczna, tak wygodna, tak osobista. Wiedza doskonale dostosowuje się do indywidualnych pragnień. Bóg jest dobry, kiedy wygrywam, ale to nie jego wina, kiedy przegrywam; jest dobry, kiedy wychodzę cało z tsunami, ale nie oceniam go, kiedy innych ludzi porywa fala i toną.

Wszystko to jest absolutnie zrozumiałe, jeśli dotyczy osobistej fantazji – jaki jest sens mieć wyobrażonego przyjaciela, jeśli miałby on być nudny i nieprzychylny i wciąż by się z nami kłócił – jednak nie daje się obronić jako rodzaj wiedzy, a tak właśnie traktuje ją większość wierzących. Zwycięska sprinterka nie mówi: „Myślę, że Bóg jest dobry", ale stwierdza: „Bóg jest dobry". Człowiek, który uratował się z katastrofy, nie mówi: „Wierzę, że to Bóg mnie uratował", ale: „Bóg mnie uratował': Stwierdzenia na temat Boga są traktowane jako wiedza. Stąd częstą reakcją na nie jest myśl: „Przecież wcale tego nie wiesz". Jeśli ktoś jest na tyle bezczelny, że wypowie tę myśl na głos, najczęściej słyszy w odpowiedzi, że Bóg jest niepoznany, nieobjęty słowami, poza naszą zdolnością poznawania, ukryty.

I to właśnie jest główny powód, dla którego w niego nie wierzę i odmówiłabym tej wiary, nawet gdyby inne argumenty mnie przekonały. Odmówiłabym dla zasady; powiedziałabym: „A idź do diabła!" jak Huckleberry Finn.

Dlaczego bowiem właściwie Bóg się ukrywa? O co w tym chodzi? Co to za głupia gra? Bóg jest wszechmocny i dobrotliwy, ale jednocześnie się ukrywa? Wolne żarty. W żadnym innym kontekście nie kupilibyśmy takiej bajki. Nikt nie kupiłby pomysłu idealnych, kochających, troskliwych, zaangażowanych rodziców, którzy ukrywają się przed własnymi dziećmi, więc czemu mielibyśmy wierzyć w to samo w odniesieniu do kochającego Boga?

Oczywista odpowiedź brzmi: „To jasne, że wierzący muszą kupić tę bajkę z nieuchronnego powodu — bo Boga nie można znaleźć”. Fakty są takie, że Bóg nie pokazuje się we własnej osobie, a nawet nie wysyła potwierdzonych wiadomości, a więc wierzący muszą powiedzieć coś, by ukryć ten niewygodny fakt. Tajemniczy Bóg, bawiący się w ciuciubabkę, to po prostu najłatwiejsza odpowiedź na pytanie: Dlaczego Boga nigdy nie ma w pobliżu?”.

Jednak taka odpowiedź ma tę samą wadę co wszystkie inne twierdzenia na temat Boga: w rzeczywistości nikt tego nie wie. Nikt nie wie na pewno, że Bóg się ukrywa. Wszyscy wiedzą, że Boga nie można znaleźć w taki sam sposób jak żywego człowieka, ale nikt nie wie, że jest tak dlatego, iż Bóg jest żywą istotą, która się ukrywa.

Nikt tego naprawdę nie wie i nie jest to wcale najbardziej oczywiste wyjaśnienie faktu, że Bóg się nie objawia. Najprostszym, najbardziej oczywistym i ekonomicznym wyjaśnieniem faktu, iż Bóg się nie objawia, jest to, że nie ma żadnego Boga, którego można by spotkać. Wyjaśnienie „Bóg się ukrywa" jest wciąż powtarzane tylko dlatego, że ludzie chcą wierzyć w istnienie Boga pomimo jego upartej nieobecności, i z tego powodu udają, że wiedzą, iż Bóg się ukrywa. Pragnienie jest źródłem tej myśli, która następnie zostaje uznana za „wiedzę”.

Jest to jednak dość rozpaczliwy fortel, czego dowodzi fakt, iż w żadnych innych okolicznościach nie dalibyśmy się na to nabrać. Jeśli idziemy do hotelu lub restauracji i na miejscu przekonujemy się, że wszystko się rozpada, jest oblepione brudem i tonie w rozbitym szkle, chcemy rozmawiać z kierownikiem. A jeśli ktoś powie nam, że kierownik się ukrywa, niezwłocznie opuszczamy lokal. Nie czekamy wyrozumiale przez resztę życia; zwyczajnie wychodzimy.

Jako wyjaśnienie tych wszystkich zagadek często słyszymy, że jesteśmy tylko ludźmi i po prostu nie rozumiemy. Doskonale, ale w takim razie przyznajmy, że nie rozumiemy – po prostu nie wiemy nic o tym wszystkim, jedynie zgadujemy, mamy nadzieję lub wysuwamy pobożne życzenia. Mimo to często słyszymy różne twierdzenia o Bogu wygłaszane tak, jakby były dobrze udowodnionymi faktami. Bóg jest „tajemniczy” tylko wtedy, kiedy sceptycy zadają niewygodne pytania. Przez resztę czasu wierzący są radośnie pewni swojej wiedzy. To z pewnością zbyt wygodne podejście.

Zbyt wygodne, a do tego efektem jest dość odstręczający obraz Boga. Aż dziwne, że wierzący nie mają z tym większych problemów. (Oczywiście, wielu z nich je ma. Okazuje się, że miała je nawet Matka Teresa. Niedługo się dowiemy, że nawet papież nie jest wolny od wątpliwości). To dziwne, że przekonani, dogmatyczni wierzący zdają się nie zauważać, z jakim kpiarskim, torturującym, nieprzyjemnym Bogiem mają do czynienia. Bogiem, który jest niepoznany, a jednak domaga się, byśmy w niego wierzyli (według niektórych, pod groźbą wiecznych tortur), z Bogiem stawiającym sprzeczne wymagania, co wydaje się postępowaniem dość podłym wobec przedstawicieli mniejszego i słabszego gatunku.

Wszystko rozbija się o wiarę. Bóg nie chce, żebyśmy wiedzieli o jego istnieniu, tak jak wiemy o istnieniu Słońca; Bóg chce, żebyśmy mieli „wiarę”. Ale dlaczego? To perwersyjne. Stwierdzenie wydaje się zwyczajne, bo słyszymy je tak często, ale w rzeczywistości to czysta perwersja. Nie pasuje do ludzkich relacji i nie bardzo wiadomo, dlaczego miałoby pasować do jakichkolwiek innych relacji. Dobry przyjaciel, brat albo siostra, rodzic czy dobroczyńca nie ukrywa się przed tobą przez całe twoje życie, jednocześnie oczekując, byś odczuwał wobec niego miłość, zaufanie i wdzięczność. Dlaczego Bóg miałby tak postępować?

By sprawdzić naszą wiarę”, pojawia się gładka odpowiedź. No cóż, Bóg nie powinien sprawdzać naszej wiary. Jeżeli już chce coś sprawdzać, to powinien sprawdzać naszą umiejętność rozpoznawania oszustów, kłamców i naciągaczy, a nie tępą łatwowierność, uległość i podatność na okantowanie. Bóg powinien umieć odróżnić zalety od wad, a nie zachęcać do tych ostatnich kosztem tych pierwszych.

Ale wtedy (tak nam się mówi) wiara byłaby „zbyt łatwa”; w istocie, byłaby wręcz przymusowa, a to nie o to chodzi. Wiara wymaga heroicznej dyscypliny, jak joga czy gra na skrzypcach. Wiara musi przezwyciężać opór, inaczej się nie liczy. Gdyby Bóg po prostu pojawił się przed nami i powiedział nam, ponad wszelką wątpliwość, że istnieje, to byłoby niegodne pójście na skróty, coś, co można porównać ze sportowcem biorącym sterydy. Nie, musimy zapracować sobie na naszą wiarę własnym wysiłkiem, polegającym na tym, że uwierzymy, iż Bóg istnieje pomimo wszystkich dowodów wykazujących coś przeciwnego i pomimo całkowitego braku dowodów potwierdzających jego istnienie.

Innymi słowy, Bóg chce, żebyśmy zaprzeczyli możliwościom własnego rozumu i umiejętności logicznego dociekania i uwierzyli w jego istnienie bez żadnego powodu. Bóg chce, żebyśmy nie zrobili tego, co robimy we wszystkich pozostałych dziedzinach życia, kiedy naprawdę chcemy się czegoś dowiedzieć – gdzie jest jedzenie, kiedy zacznie się burza, czy woda jest bezpieczna do picia, jakie lekarstwo wziąć na naszą chorobę – mamy po prostu postanowić, że Bóg istnieje.

Ja odmawiam. Odmawiam uznania za „dobrego” takiego Boga, który oczekuje od nas, byśmy zignorowali głos rozsądku i umiejętność rozumowania. Tego już za wiele. To wredna sztuczka. W końcu ten Bóg podobno nas stworzył razem z umiejętnością logicznego myślenia, które – kiedy działa prawidłowo – pozwala nam wykrywać błędy i ewidentne kłamstwa; a więc czemu miałby od nas oczekiwać, że zaprzeczymy wszystkim tym umiejętnościom bez żadnego wyraźnego powodu? Żeby nas sprawdzić? Nie. Nie miałby żadnego powodu, żeby to robić.

Bóg, który wciąż się ukrywa i nie daje żadnego prawdziwego dowodu na swoje istnienie, a mimo to za cnotę uznaje wiarę w jego istnienie pomimo braku dowodów — taki Bóg jest po prostu oszustem i nie ja chcę mieć z nim nic wspólnego. Taki Bóg nie ma prawa mieć do nas pretensji, że w niego nie wierzymy, biorąc pod uwagę dowody i nasze umiejętności rozumowania; gdyby więc istniał i miał do nas pretensje, byłoby to wredne. Na szczęście nie martwię się tym, ponieważ nie uważam, by w ogóle istniał.


* Tekst jest rozdziałem książki „Dlaczego jesteśmy ateistami”, Czarna Owca, 2011

Ophelia Benson jest współautorką The Dictionary of Fashionable Nonsense: A Guide for Edgy People oraz Why Truth Matters. Redaguje stronę internetową Butterflies and Wheels oraz współredaguje „The Philosophers´ Magazine”. W Polsce ukazała się jej książka Dlaczego Bóg nienawidzi kobiet? (Wyd. Czarna Owca, 2011).





Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"