[ Strona główna ]

RACJE

PO NAMYŚLE

Miesięcznik w kwartalniku


Andrzej Dominiczak

KTO KIM POGARDZA?

My nimi, czy oni nami?


Od kilku lat słyszmy z ust kulturalnych i wrażliwych społecznie komentatorów obojga płci, że zamożni, wielkomiejscy krytycy PiS są sami sobie winni, bo przez ćwierćwiecze transformacji odnosili się z lekceważeniem lub wręcz pogardą do krzywdzonych przez system mieszkańców wsi i miasteczek. Głosiciele tej wielkomiejskiej legendy tłumaczą, że dopiero PiS tych nieszczęśników uszanował i odpowiedział na ich potrzeby, a oni go za to pokochali. - Zasłużyliśmy na PiS – biją się we własne, ale i nasze piersi kulturalni i wrażliwi społecznie komentatorzy.

Gdy gorzkie te słowa usłyszałem po raz pierwszy bodaj w 2015 roku, natężyłem się „po mrożkowsku”, bo bardzo chciałem uprzytomnić sobie, kogo i jak konkretnie ukrzywdziłem, żeby zasłużyć na taki zarzut. Faktem jest, że od dawna regularnie odwiedzam jedno z mazowieckich miasteczek, od kilku lat tak pisowskie, jak to tylko możliwe. Pomyślałem nawet, że to „moje” miasteczko to być może legendarne Miastko z raportu Gduli. Wkrótce okazało się jednak, że nie Miastko, ale nie myliłem się bardzo. Obie miejscowości dzieli nie więcej niż pół godziny jazdy kolejką.

Tym, którzy nie wiedzą, co znaczy „natężyć się po mrożkowsku”, wyjaśniam, ze mam na myśli pewną cechę czy też zdolność bohatera opowiadania pt. Moniza Clavier. Człowiek ten, gdy się odpowiednio natężył, potrafił zrobić wszystko, nawet to, czego nigdy wcześniej nie próbował. Natężywszy się, umiał na przykład czysto zaśpiewać arię operową, choć nigdy przedtem nie śpiewał, lub płynnie rozmawiać w języku, którego się nigdy nie uczył. To jeden z moich ulubionych bohaterów literackich, niedościgły ideał i wzór osobowy. Nieraz próbowałem iść w jego ślady i choć nigdy nie zaśpiewałem tak pięknie jak on, to jednak kilka razy udało mi się zrobić rzeczy, których nikt – włącznie ze mną - po mnie się nie spodziewał. Tak więc natężyłem się z całej siły i oto, co zauważyłem i co zrozumiałem:

Po pierwsze zdałem sobie sprawę, że w miasteczku, o którym opowiadam, a przynajmniej w tej jego części, którą znam dobrze i wiem, że jest pisowska, wszyscy mieszkają w okazałych dwu lub trzypiętrowych domach z wypielęgnowanym ogródkiem. Przed domami parkują dobre samochody - co najmniej dwa na każdy dom - a za eleganckimi ogrodzeniami warczą lub wściekle szczekają duże, starannie ostrzyżone psy, których pielęgnacja i utrzymanie kosztuje zapewne nie mniej niż utrzymanie limuzyn. Krótko mówiąc, pisowcy z tego miasteczka żyją bardzo wygodnie, lepiej niż 80 a może nawet 90 procent mieszkańców Warszawy, a przecież nie opowiadam o Konstancinie ani Podkowie Leśnej czy innej enklawie bogactwa zamieszkałej przez artystów lub dorobkiewiczów. Mieszkańców mojego miasteczka system nie skrzywdził; pewnie by się zdziwili lub nawet obrazili, gdyby ktoś zasugerował, że są jego ofirami.

Miszkańcy tej miejscowości są zamożni, bo większość z nich całe życie prowadziła lub nadal prowadzi jakieś ciemne lub jasne interesy; większość dziedziczy też domy, działki lub wręcz cale pola, o które procesuje się latami z siostrami, braćmi lub dalszymi krewnymi. Nigdy od nich nie słyszałem, a odwiedzam to miejsce od 35 lat, by czuli się lekceważeni przez któryś rząd lub pogardzani przez wyborców Unii Wolności albo Platformy Obywatelskiej. Nie sądzę, by im kiedykolwiek przyszło do głowy, ze należy im się z naszej strony szczególna uwaga, a tym bardziej opieka. Oni sami troszczą się głównie o siebie i o własne rodziny i tak ich zdaniem powinno być, gdyż ludzie ci wyznają katolicką ideologię zwaną przez socjologów niemoralnym familizmem. To jednak, że nie chcą naszej opieki, nie znaczy, że jesteśmy im obojętni. Oni nas nie lubią, to jasne, ale nie dlatego, ze czują się lekceważeni. Ich niechęć ma znacznie głębsze korzenie.

W latach 60. XX wieku, gdy rodzice posyłali mnie na kolonie letnie, nie raz musiałem stawiać czoła wrogości wobec Warszawiaków. Jako syn boksera stawałem dzielnie w obronie stolicy, zanim wykzałem swoją tężznę, poznałem w szczegółach myśli i przede wszytskim emocje, jakim darzyła nas wówczas młodzież wiejska i nie tyylko; wszyscy właściwie spoza Warszawy. Jakie to były emocje? Różne oczywiście, ale wszystkie nagatywne; głównie moim zdaniem podszyta zazdrością pogarda i nienawiść. W ostatnich dekadach tej wrogości jest chyba mniej, jednak uprzedzenia są wciąż żywe. Przekonajcie się sami. Oto fragment rozmowy, którą odbnyłem niedawno z typowym mieszkańcem miasteczka, mężczyną niemłodym i niewykształconym, ale zardnym i na swoj sposób poczciwym, jak zresztą większość z nich.

On: (zgryźliwie i szyderczo)

- No i co tam z tym twoim Komorowskim?

Ja: (rzeczowo, w narzeczu lokalnym)

- Jaki on tam mój?! Ja jestem lewica, on konserwatysta, ale kulturalny przynajmniej i nie faszysta.

On: (przez zaciśnięte zęby)

- Taki malutki teraz jest, taki malutki! Nikt po prostu, w ogole go nie ma!

Ja: (chłodniej)

- Każdy były prezydent jest mniej widoczny publicznie. Duda też będzie. Komorowski komentuje politykę od czasu do czasu.

On: (głosem triumfującej żmii)

- Tak tylko chciałem powiedzieć, że taki malutki teraz jest.

To tylko jeden incydent, jednak przejawy podobnej, głęboko zakorzenionej niechęci obserwowałem przez ostatnie lata wiele razy, gdy np., okazywało się, że nie wiem, kiedy przypada pora siewów, albo gdy pomgając w remoncie domu, wbijałem gwóźdź innym ruchem ręki niż zwolennik PiS, choćby nawet z tym samym skutkiem. Bardzo ich to śmieszyło. Ci na ogół ugrzecznieni ludzie otwarcie i chętnie demonstrują swoją pogardę, gdy wkraczamy w obszar ich kompetencji lub gdy poczują się się pewniej niż zwykle, bo mowa jest właśnie o porze siewów, albo ich ukochani przywódcy wygrywają wybory i sprawują władzę. Nawiasem mówiąc, wszystko jedno, jak ją sprawują. Pisowcy nie winią rządu np. za podwyżki cen, bo „jak są, to znaczy, że muszą być”. Polityka rządu nie ma tu nic do rzeczy. Rząd jest wspaniały bo „myśli”, zachowuje się i mówi mniej więcej tak jak oni, dzięki czemu oni wreszcie mogą być sobą, a sobą czują się najbardziej, gdy okazują pogardę i lekceważenie - oni nam, nie my im! My jesteśmy na to za grzeczni, a poza tym na co dzień oni nas jednak mniej obchodzą. Są zamożniejsi, ale im nie zazdrościmy, to oni nam zazdroszczą, na ogół tego samego, czego w nas nienawidzą: miejskiego stylu życia, wolności, luzu, poczucia humoru, europejskości i niewiejskiej inności.

Oczywiście w jakiejś mierze i w jakimś sensie ludzie ci są ofiarami, ale nie tego systemu, tylko wszystkich systemów, toksycznych rodziców i kultury, w jakiej żyją, której jednak bronią zaciekle i nierzadko agresywnie. My winimy siebie, oni za nic siebie nie winią. Popierają PiS, żeby być górą, żeby pokazać, kto jest lepszy, a kto taki malutki, że „go w ogóle nie ma”. I wcale się swojej pogardy nie wstydzą. Triumfują.






Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"