Adam Cioch

JAKI ATEZIM, JAKI ANTYKLERYKALIZM?


Ateizm, czyli odrzucenie (jako nieuzasadnionych) twierdzeń religijnych lub filozoficznych akceptujących istnienie bogów, jest niewątpliwie postawą racjonalną i godną pochwały. Polega ona wszak na odrzuceniu irracjonalnych przekonań, mających często niebagatelny i szkodliwy wpływ na myślenie i działanie.

Jednak sam ateizm jest tylko prostą negacją wspomnianych nieuzasadnionych uroszczeń, trudno go nazwać nawet w pełni ukształtowaną postawą światopoglądową. Świadczy tylko o postawie danej osoby wobec bogów, nic nie mówi natomiast o jej postawie wobec innych ludzi i świata, milczy sam w sobie o sposobach na sensowne życie. Ateizm wprawdzie ratuje przed irracjonalizmem religijnym, ale nie ratuje przed tysiącami innych irracjonalizmów. Postawa ateistyczna nie wyklucza bynajmniej wiary w zabobony i pseudonaukę, nie zapobiega przyjmowaniu szkodliwych dla innych ludzi postaw etycznych. Nie wyklucza autorytaryzmu, tyranii, rasizmu, mizoginizmu, czy homofobii. Postawa ateistyczna jest dobrą rzeczą, ale z powyższych względów nie przeceniałbym jej znaczenia jako gwaranta udanego życia danej jednostki.

W tym kontekście warto przypomnieć dwie postaci uważane za osoby niereligijne (najprawdopodobniej byli ateistami właśnie), które odrzucenie zabobonów religijnych nie uratowało przed wiarą w rozmaite irracjonalizmy i to bardzo szkodliwe społecznie. Pierwszym był Benito Mussolini, twórca faszyzmu, agresywny, autorytarny przywódca, prześladowca setek tysięcy ludzi. A także klerykał – współtwórca traktatów laterańskich, ojciec chrzestny Państwa Watykańskiego. Bo ateizm sam w sobie nie chroni nawet przed klerykalizmem. Drugą postacią historyczną niech będzie Roman Dmowski, ojciec endecji, promotor antysemityzmu, nacjonalista i… również klerykał.

Ateizmowi – tej prostej negacji – jest więc potrzebny pozytywny program etyczny. Przynosi go ze sobą humanizm, czy - jak woli profesor Jerzy Drewnowski – humanitaryzm, jako dojrzała postawa etyczna. W zestawieniu tych dwóch pojęć – ateizmu i humanizmu, wyżej cenię ten drugi. Z tego powodu wolę nawet nazywać siebie humanistą ateistycznym niż ateistą humanistycznym. Ta moja preferencja wynika z kwestii praktycznych i skutków etycznych. Osobiście widzę większe pole do współpracy z osobą religijną, ale wykazującą nastawienie humanistyczne (postawa w Polsce raczej rzadka – to fakt), niż z ateistą odrzucającym humanizm. Za nic nie chciałbym współpracować np. z autorytarnym ateistą, niszczącym innych ludzi. Nie chciałbym nawet z kimś takim utrzymywać jakichkolwiek stosunków. Natomiast dostrzegam możliwość współpracy z kimś, kto nie ustrzegł się wprawdzie wiary w jakieś bóstwa, ale jest zwolennikiem demokracji i praw człowieka, ceni świeckość państwa i traktuje innych jak partnerów, a nie jako potencjalne ofiary do wykorzystania.

Takim potencjalnym polem współpracy środowisk ateistycznych i religijnych mógłby być antyklerykalizm. Wszak antyklerykalizm, jako postawa odrzucająca uroszczenia klerykalne, nie wyklucza wiary religijnej. Np. we Francji, gdzie świeckość jest jednym z głównych pojęć definiujących Republikę Francuską i ogromna większość ludzi religijnych przyjmuje postawę antyklerykalną. W Polsce obserwuję natomiast, że antyklerykałowie religijni są często lekceważeni i marginalizowani przez antyklerykałów ateistycznych. Nie zgadzam się z taką lekceważącą i autorytarną postawą. Uważam, że ma ona niewiele wspólnego ze światopoglądem humanistycznym.

Taki stan rzeczy wypływa być może z polskich problemów w jakiejkolwiek współpracy na rzecz dobra wspólnego. Życie Polaków składa się z życia zawodowego, rodzinnego i rozrywki, nie ma natomiast na ogół nawyku angażowania się w aktywność społeczną. Wynika to zarówno z tradycji katolickiej, która nie sprzyja kształtowaniu mentalności demokratycznej i postawom partnerskiej współpracy. Wszak w Kościele katolickim nic nie zależy od katolików, którzy nie mają kontroli nad życiem parafii, jej finansami, wierzeniami swojego Kościoła, a także wyborem duchownych. Polska także jako państwo ma krótką tradycję demokratyczną, a za to bogatą autorytarną - począwszy od feudalizmu przez autorytaryzm zaborczy, międzywojenny i PRL-owski. Ostatnie XX-lecie też nie przyniosło ze sobą zbyt wielu dobrych doświadczeń: autorytarny kapitalizm, klerykalizm, alienacja klasy politycznej, powszechna niewiara, że aktywność społeczna może cokolwiek zmienić.

Niesie to za sobą skutki psychologiczne. Osoby, które mimo wszystko decydują się na zaangażowanie społeczne bardzo często szybko się zniechęcają. Nie potrafią negocjować, iść na kompromis, akceptować konieczne różnice zdań. Wpadają w pułapkę autorytaryzmu. Po takim nieudanym i frustrującym zaangażowaniu pozostaje niesmak i powrót w szeregi biernej społecznie większości. Tego typu problemy wielokrotnie obserwowałem także w środowiskach antyklerykalnych i ateistycznych.

Dlatego właśnie widzę ogromną potrzeba edukowania osób zaczynających współpracę w ruchach społecznych w kierunku nabywania umiejętności współpracy z innymi na zasadzie dobrowolności we wspólnym kreowaniu i osiąganiu celów. Psychologia i socjologia znają odpowiednie techniki, które mogą umożliwić skuteczną pracę w organizacjach pozarządowych. Nie podzielam natomiast entuzjazmu tych wszystkich, którzy zachęcają do działania bez zatroszczenia się o to, czy członkowie danej grupy naprawdę dysponują narzędziami – umiejętnościami współpracy, które takie skuteczne działanie umożliwiają. Sama dobra wola, zapał, wspólnie wyznawany światopogląd nie wystarczą.








Towarzystwo Humanistyczne
Humanist Assciation