Andrzej Dominiczak

W OBRONIE ROZUMU INACZEJ




Tytuł listu otwartego do minister Jolanty Fedak jest mylący. Jego autorzy i sygnatariusze – 2041 ludzi nauki – nie występują w obronie rozumu. Nie występują zresztą, jak się zdaje, w obronie czegokolwiek, z wyjątkiem pewnego rozumienia „powagi Rzeczypospolitej” – koncepcji, która mrozi mi krew w żyłach. Powaga w tym rozumieniu jest bowiem wielce drażliwa na punkcie swojego majestatu, drażliwa tak dalece, że jej rzecznicy wzywają do ujawnienia i ukarania winnych skandalu, za jaki uważają wpisanie na ministerialną listę zawodów, zajęć tak dla tego majestatu niebezpiecznych, jak wróżbiarstwo i refleksologia.

Puśćmy wodze fantazji! Jeśli uczeni orędownicy powagi Rzeczypospolitej żądają ukarania autorów tego dokumentu, to jakim represjom chcieliby poddać wróżki, które – mimo usunięcia z listy – ośmieliłyby się świadczyć swoje szemrane usługi. Czy poprzestaliby na zmuszeniu ich do publicznej samokrytyki? Boję się nawet pomyśleć, jakie represje mogłyby spotkać niepomnych na wszystko zatwardziałych recydywistów, uporczywie stawiających pasjansa lub wypowiadających się w sprawach, o których rozum musi milczeć!

Inicjatywę uczonych mężów można by potraktować z wyrozumiałością, jak każde głupstwo popełnione w afekcie, gdyby nie fakt, że wśród inkryminowanych zawodów znajdujemy wyłącznie przedstawicieli profesji pozbawionych wpływów politycznych, przeważnie kobiety lub ekscentrycznych dziwaków, nie znajdujemy natomiast księży i innych duchownych, choć ich „zadania” (podstawowe i dodatkowe!) nie są ani trochę bardziej racjonalne niż – dajmy na to – zadania astrologów. Wpływy polityczne, jakimi się cieszą, obecność w mediach i w szkołach sprawiają wręcz, że duchowni bardziej zapewnie niż inni przyczyniają się do szerzenia zabobonów i pseudonaukowego spojrzenia na świat, a już z całą pewnością bardziej niż refleksolodzy, czyli ludzie, którzy życie oddali idei i zdrowej praktyce masażu stóp. Warto na marginesie zauważyć, że osoby duchowne faktycznie, choć niejawnie, popierają pewną odmianę refleksologii, organizując pielgrzymki, których popularność tłumaczy się w dużej mierze zbawiennym wpływem stymulacji stóp na nasze samopoczucie. Udowodniono naukowo, że przyczyna się ona (stymulacja) do zwiększonego wydzielania endorfin, które – jak podaje internetowa encyklopedia –„wzbudzają uczucie zakochania, wywołują doskonałe samopoczucie i zadowolenie z siebie”.

Dopuszczanie przez sądy opinii astrologów lub radiestetów może oczywiście prowadzić do błędów w ocenie stanu faktycznego i szkodzić sprawiedliwości. Jeszcze bardziej zaszkodzić nam mogą rzekomi uzdrowiciele lub astrolodzy, gdy zwracamy się do nich o poradę w sprawie inwestycji giełdowych lub decyzji o zawarciu małżeństwa. Czy nie wystarczyłoby jednak, gdybyśmy z myślą o tych zagrożeniach, utworzyli odrębną kategorię „zawodów tolerowanych”, których przedstawiciele nie mogliby występować w sądach jako biegli, nie mogliby nauczać w szkołach ani leczyć chorych. Rozwiązanie to wydaje się dostatecznie zabezpieczać przed fałszywymi ekspertami, odkąd jednak zapoznałem się z „listem w obronie rozumu”, zwątpiłem w jego słuszność, a jeszcze bardziej w jego sprawiedliwość. Jeśli bowiem gotowi jesteśmy obniżyć ten sposób status społeczny ludzi lekko zbzikowanych, to co powinniśmy zrobić z fanatykami, którzy pod pretekstem obrony rozumu, uzbrojeni w autorytet nauki i stosowną tytulaturę, domagają się wprowadzenia autorytarnych porządków, z pewnością bardziej niebezpiecznych niż głupstwa, jakie opowiadają – niekiedy z wdziękiem – urodziwe wróżki lub posępni radiesteci.

Prawdziwa racjonalność – pisał Bertrand Russell – to zwyczaj uwzględniania całego materiału dowodowego przy wydawaniu sądów”1. Zwyczaj to rzadki, szczególnie – jak się zdaje – wśród naukowców, którzy biorą pod uwagę tylko jedną rację – swoją własną. Pomijając nawet zastrzeżenia fundamentalne, z dziedziny praw i wolności, zdumiewać musi żądanie, by nawet sposób, w jaki się zabawiamy, musiałby być w każdym punkcie zgodny z najnowszymi zdobyczami nauk przyrodniczych.

A przecież można inaczej. Jeśli obrona rozumu nie ma być karykaturą samej siebie, sama musi być rozumna. Prawdziwi przyjaciele rozumu biorą pod uwagę złożoność problemów, w sprawie których zabierają głos, starannie ważą racje i proponują, jeśli to konieczne, adekwatne środki zaradcze: inne wobec faszyzujących antysemitów i inne wobec masażystów stóp, jeśli faktycznie zagrażają rozumowi.

„Zabobony i przesądy – pisał Russell – nie zawsze są mroczne i okrutne; bywają również źródłem uciechy”2. W eseju, w którym filozof bezceremonialnie wyszydzał „bełkot intelektualny” takich między innymi gigantów rozumu jak Hegel, z wyrozumiałością odnosił się do wszelkiej maści dziwaków:

„Pewnego razu – pisał – otrzymałem list od Ozyrysa, w którym ten egipski bóg podał mi swój numer telefonu. Mieszkał wtedy na przedmieściach Bostonu. Nie włączyłem się w krąg jego wyznawców, jednak samo wydarzenie sprawiło mi sporo przyjemności.”

I w innym miejscu: „W epoce prohibicji w Stanach Zjednoczonych powstała protestancka sekta, której wyznawcy uznali, że mszy świętej nie należy celebrować winem, lecz whisky. Sekta ta, mimo ówczesnej surowości praw i obyczajów, uzyskała prawo do legalnego spożywania tego trunku i w krótkim czasie zyskała wielu zwolenników”.

Nie oburzała Russella ani doktryna „abecedarian”, w myśl której grzechem najcięższym jest nauka abecadła, ani rozważania jezuitów, głowiących się nad tym, w jaki sposób znany z gnuśności leniwiec, zdołał po Potopie przedostać się z okolic góry Ararat do Ameryki Południowej. Filozof nie czuł się urażony, nie domagał się przeprosin ani ujawniania lub ukarania winnych.

Zakazu ekscentrycznych praktyk domagają się de facto autorzy „listu w obronie rozumu”, choć nie ścigały ich nawet komunistyczne służby specjalne. W mrocznych czasach stanu wojennego, gdy większość obywateli nie marzyła nawet o uzyskaniu paszportu, członkowie niektórych sekt religijnych przechowywali paszporty w domach i korzystali z nich bez ograniczeń, podróżując po Europie za swoim guru. Jako miłośnik zagranicznych wojaży, dowiedziawszy się o tych przywilejach, zaproponowałem grupie znajomych powołanie do życia sekty „ludzi-ptaków”, których jedyną czynnością kultową miało być odlatywanie na zimę do ciepłych krajów. Propozycja spotkała się z lekceważeniem lub pryncypialnym odporem. Zarzucono jej między innymi, że osłabia ducha walki. Ze strony ówczesnych władz nie spotkały mnie jednak żadne przykrości. W każdym razie nie z tego tytułu.

Rozum – powiada Russell – nie opiera się na sile, lecz na perswazji, a w perswazji – na dobrze uzasadnionych argumentach3. Podzielam ten pogląd w całości: nie domagam się ani ujawnienia, ani tym bardziej ukarania kogokolwiek, Zwracam się tylko do minister oświaty, Katarzyny Hall z następującym apelem:

Szanowna Pani Minister, najwyższy już czas, by do programów szkolnych wprowadzić naukę krytycznego myślenia. To jedyny sposób, żeby z czasem spadł popyt na bzdury, również, a może przede wszystkim takie, które – za maską rozumu – głoszą uczeni rzecznicy autorytarnej mentalności i wyrosłych na jej podłożu koncepcji stosunków międzyludzkich.

1 Bertrand Russell,. „Czy ludzie mogą rządzić się rozumem”, w „Szkice sceptyczne”, Książka i Wiedza, Warszawa 1967 roku.

2 Bertrand Russell „An Outline of Intellectual Rubbish”, http://www.solstice.us/russell/intellectual_rubbish.html (tłum. autora)

3 Bertrand Russell, The Ancestry of Fascism, w: In Praise of Idleness, Unwin Paperbacks, Londyn 1976.








Towarzystwo Humanistyczne
Humanist Assciation