[ Strona główna ]

RACJE

numer 5

Styczeń 021


Tom Flynn

DLACZEGO ATEIŚCI POPIERAJĄ BIDENA?

Rozważania amerykańskiego humanisty


Gdy piszę te słowa, wybory prezydenckie w Stanach Zjednoczonych, dobiegają końca i są one wyjątkowe, jak żadne inne w historii. Nie chodzi mi o sam dzień wyborów – ten minął niemalże miesiąc temu. Ze względu na pandemię koronawirusa rekordowa liczba Amerykanów głosowała drogą pocztową zamiast ustawiać się w kolejkach do lokali wyborczych. Sprawiło to, że głosy liczono znacznie wolniej niż zwykle. Już w noc wyborów było jasne, że były wiceprezydent Joe Biden, demokrata, ma znaczną przewagę nad sprawującym urząd prezydentem Donaldem Trumpem, republikaninem. Jednak musiało upłynąć kilka dni, zanim zwycięstwo Bidena stało się pewne. Minęły niemalże dwa tygodnie, zanim wygrana Bidena potwierdziła się w pełnej skali.

Wybory w 2020 r. miały największą frekwencję w historii. Biden zdobył niemalże 80 milionów głosów, co stanowiło najlepszy wynik w historii Stanów Zjednoczonych. Uzyskując 74 milionów głosów Trump osiągnął pod tym względem drugi wynik w historii. To prawda, kandydat na prezydenta, który zdobył drugą, największą jak dotąd, liczbę głosów w wyborach 2020 r. okazał się przegranym.

Ale Trump nie uznał tego stanu rzeczy. Pozostaje nam jeszcze czekać, aż oficjalnie przyzna się do porażki. Zdaniem wielu obserwatorów nigdy do tego nie dojdzie. Na mocy amerykańskiego prawa uznanie przegranej nie ma oficjalnego statusu – to jedynie tradycja – niemniej żaden z poprzednich prezydentów w najnowszej historii nie odmówił wygłoszenia przemowy, w której uznawałby swoją przegraną. Kiedy piszę ten tekst (w połowie grudnia) podejmowane przez Trumpa coraz bardziej groteskowe próby zakwestionowania wyniku wyborów tracą tempo. Kilka dni temu prezydent elekt Biden otrzymał swój pierwszy prezydencki raport o stanie bezpieczeństwa. To oznaka postępu, ale Biden powinien je zacząć dostawać w momencie, kiedy jasne stało się jego zwycięstwo wyborcze. Tymczasem Trump dalej rozpowszechnia bezpodstawne oskarżenia, jakoby wybory zostały skradzione lub sfałszowane. Wierzą mu dziesiątki milionów jego zwolenników. Dlatego też jasne jest, że po objęciu urzędu 20 stycznia 2021 prezydent Biden napotka na przeszkodę, z jaką nie miał do czynienia żaden z jego poprzedników: znacząca mniejszość elektoratu będzie (błędnie) uważać, że jego prezydentura nie jest prawomocna.

Co na ten temat powinni sądzić polscy humaniści? Nie mnie o tym wyrokować. Lecz jako amerykański humanista o pewnym znaczeniu mogę być może wyjaśnić niuanse sytuacji w moim kraju, które będą pomocne w sformułowaniu konstruktywnego, humanistycznego spojrzenia na te wydarzenia w Polsce.

Kim jestem? Jestem świeckim humanistą – w amerykańskiej terminologii oznacza to, że postrzegam swój humanizm jako w pełni niereligijny. Mój światopogląd jest ateistyczny; zdecydowanie opowiadam się za rozdziałem Kościoła od państwa. Wychowałem się jako katolik, lecz straciłem wiarę niedługo po skończeniu dwudziestu lat. Od 2000 r. jestem redaktorem Free Inquiry, czasopisma humanistycznego o największym nakładzie w Ameryce. (Od czasu, kiedy jego najbliższy „konkurent”, The Humanist, przestał być magazynem idei, Free Inquiry jest obecnie jedynym ogólnokrajowym czasopismem poświęconym myśli humanistycznej.)

Jak, jako amerykański humanista postrzegam zwycięstwo Bidena? Ogólnie rzecz biorąc podchodzę do tego z tłumioną radością. Moim zdaniem Donald Trump był zdecydowanie najgorszym prezydentem w amerykańskiej historii. Prezydentura Bidena będzie przynajmniej oznaczać powrót do racjonalnego, opartego na nauce, podejścia do rządów po czterech katastrofalnych, zgoła odmiennych latach. Trump był siewcą nienawiści i chaosu, jednocześnie bezwstydnie zabiegając o względy amerykańskich konserwatystów religijnych (choć sam nie wykazywał się zauważalną pobożnością). Gdyby rządził drugą kadencję, bez wątpienia popchnąłby kraj w kierunku jakiejś formy teokratycznego autorytaryzmu. Naturalnie mieliśmy też do czynienia z jego nieskutecznym „przywództwem” w kwestiach pandemii koronawirusa, które znacząco przyczyniło się do osiągnięcia przez Amerykę pożałowania godnego statusu światowego lidera per capita pod względem infekcji, hospitalizacji i śmierci spowodowanych COVID-19.

Moim zdaniem Trump był tak złym prezydentem, że krokiem naprzód byłby wybór choćby jakiegoś zwierzęcia hodowlanego lub sprzętu gospodarstwa domowego. (Nie żeby pozwalała na to konstytucja amerykańska; to jedynie świadectwo mojej odrazy wobec Trumpa). Dlatego miałem mnóstwo powodów, żeby cieszyć się ze zwycięstwa Bidena.

Dlaczego więc stwierdziłem, że podchodzę do jego wygranej „z tłumioną radością”? Oto, co napisałem we wstępniaku do mającego się ukazać numeru Free Inquiry (luty/marzec 2021).

Choć administracja Bidena będzie oznaczać ogromny krok w kierunku normalności po latach chaosu, okrucieństwa i upartej ignorancji prezydentury Trumpa, to dla świeckich Amerykanów prezydent Biden może okazać się (proszę wybaczyć to określenie) mieszanym błogosławieństwem. Biden, pobożny katolik, przyjął prezydenturę, wygłaszając przemówienie przesiąknięte językiem religijnym, wielokrotnie powołując się na Boga – nawet cytując tekst hymnu... i ani razu nie dostrzegł istnienia niereligijnych Amerykanów.

Aby pomóc polskim humanistom w zrozumieniu tego fragmentu przyda się kilka dodatkowych informacji:

  1. W ostatnich dziesięcioleciach partia republikańska (Trump) opowiadała się za poszerzeniem wpływów chrześcijaństwa w życiu publicznym i minimalizowaniu rozdziału Kościoła od państwa.

  2. Jednocześnie partia demokratyczna (Biden) preferowała umiarkowane ograniczanie wpływu chrześcijaństwa w życiu publicznym i dążyła do wzmocnienia rozdziału Kościoła od państwa. Niemniej z humanistycznego punktu widzenia dokonania demokratów były dalekie od ideału. Obawiając się zniechęcenia umiarkowanych lub liberalnych wierzących, politycy demokratyczni (w tym Biden) niechętnie otwarcie zwracali się do ateistów, humanistów czy tzw. osób niereligijnych (jednak proszę, czytajcie dalej).

  1. Dla przypomnienia: Stany Zjednoczone nie mają Kościoła państwowego. Każde wyznanie jest zarządzane i finansowane prywatnie. Mimo to Kościoły korzystają ze świadczeń publicznych, w tym zwolnienia z opodatkowania, którego wartość szacuje się na 71 do 80 miliardów dolarów rocznie. Wśród krajów Zachodu tego typu rozwiązanie ma charakter unikatowy; jedynie we Francji jest podobny system, choć francuskie laïcité znacząco różni się od amerykańskiego sekularyzmu.

  2. Mimo to Stany Zjednoczone z opóźnieniem doganiają inne kraje Zachodu, wyrastając ze swojego chrześcijańskiego dziedzictwa. Liczba Amerykanów, którzy deklarują brak tożsamości religijnej (nazywanych po angielsku nones - bezwyznaniowcami) wynosiła w 1990 r. ok. 5 procent; obecnie wynosi 34 procent. Wśród Amerykanów poniżej 30 roku życia liczba ta jest bliższa 50 procent. Bezwyznaniowcy stanowią kategorię bez określonej struktury; szacuje się, że mniej niż jedna trzecia spośród nich jawnie określa się jako osoby niereligijne, podobnie jak robią to ateiści i większość humanistów. Część z nich to osoby poszukujące; niektórzy określają się jako osoby „uduchowione, ale niereligijne”. Istotne jest to, że nie są chrześcijanami i ich liczba wciąż wzrasta.

  3. Z oczywistych powodów (patrz wyżej, punkty 1 i 2) bezwyznaniowcy zwykle głosują na demokratów. W ten sposób stanowią znaczną część koalicji głosujących, na której opiera się partia demokratyczna. W związku z tym coraz trudniej, jak się zdaje, będzie utrzymać stosowaną przez demokratów strategię dalszego liczenia na głosy wyborców niereligijnych, a jednocześnie powstrzymywania się przed ich uznaniem z obawy, że zrazi to wyborców religijnych.

  1. Ten ostatni punkt na mojej liście jest najważniejszy do zrozumienia przez polskich humanistów. W Stanach Zjednoczonych Kościół katolicki przeciwstawia się rozdziałowi od państwa, a także wspiera, ogólnie rzecz biorąc, reakcyjną i antyludzką politykę. Bez wątpienia jednak, w przeciwieństwie do Polski, nie jest jednak najważniejszym wrogiem humanistów i innych liberałów w amerykańskim życiu. W Stanach Zjednoczonych najgroźniejszym oponentem sekularyzmu jest fundamentalistyczny ewangelicki protestantyzm. Choć katolicyzm stanowi w Stanach Zjednoczonych istotną nieformalną siłę polityczną, nie cieszy się, tak jak w Polsce, statusem de facto Kościoła państwowego. Potęga Kościoła katolickiego w Ameryce jest tym bardziej osłabiona, że jego członkowie są ideologicznie zróżnicowani; większość amerykańskich katolików ignoruje nauki Watykanu w kwestii kontroli urodzin i aborcji, a wśród laikatu rysuje się znacząca mniejszość liberalna: wielu popiera feminizm, opowiada się za prawami pracowniczymi, progresywnym opodatkowaniem itd. Amerykańscy fundamentalistyczni protestanci są znacznie bardziej homogeniczni niż ich katoliccy odpowiednicy i bardziej zaangażowani w promowanie społecznego konserwatyzmu. I wreszcie, prestiż społeczny oraz majątek Kościoła katolickiego w Stanach Zjednoczonych zostały poważnie nadszarpnięte przez skandal związany z molestowaniem przez księży, który wybuchł w 2002 r. Związane z nim procesy ciągną się do dziś. W 2018 r. dziewiętnaście amerykańskich diecezji i zakonów ogłosiło bankructwo po wyrokach w sprawach o molestowanie seksualne przez księży, zasądzających odszkodowania przekraczające 982 miliony dolarów. Wyroki te nadal zapadają, a za nimi idą kolejne bankructwa.

Czytając o „teokratycznym autorytaryzmie” i „poszerzaniu wpływów chrześcijańskich w życiu publicznym”, polscy humaniści mogliby sobie wyobrażać ponury spisek z udziałem represyjnych urzędników państwowych i katolickiej hierarchii. Nie należy jednak ulegać tej pokusie: w realiach amerykańskich to właśnie takie ugrupowania jak Południowi Baptyści (Southern Baptists) czy Zgromadzenie Boże (Assembly of God) stanowią największe zagrożenie; jednak nawet one nie mają tak oczywistej władzy, jaką się cieszy katolicyzm w Polsce. Kiedy narzekam, że katolik Joe Biden cytuje religijny hymn w przemówieniu powyborczym wyrażam swoją irytację, nie lęk.

Jako amerykański humanista spodziewam się, że prezydentura Bidena będzie znacznie lepsza pod względem rozdziału Kościoła od państwa i utrzymane zostaną sprawiedliwe ograniczenia roli religii w życiu publicznym. Biorąc pod uwagę rosnące znaczenie niereligijnych wyborców (patrz wyżej, punkty 4 i 5) nie zdziwiłbym się, gdyby Biden otwarcie zauważył istnienie osób bezwyznaniowych. W ten sposób podążyłby śladem prezydenta Baracka Obamy, (był jego wiceprezydentem), który po raz pierwszy oficjalnie uznał istnienie Amerykanów żyjących bez religii w swoim przemówieniu inauguracyjnym 20 stycznia 2009 r.

Nie oczekiwałbym jednak znaczących postępów w rozdziale Kościoła od państwa podczas prezydentury Bidena. Po pierwsze, leży to w stylu tego polityka: stanowi on uosobienie wszelkiego umiaru. Po drugie, co ważniejsze, zdolność do wprowadzenia przez Bidena znaczących reform dotyczących Kościoła i państwa – w istocie jakichkolwiek reform liberalnych – będzie bardzo ograniczona przez skład sądów federalnych. Jak napisałem w moim wstępniaku do wydania lutowo-marcowego Free Inquiry: „Cztery lata rządów Trumpa sprawiły, że amerykański system prawny stał się znacznie bardziej wrogi wobec priorytetów świeckich w sposób, który będzie znacząco wybiegać poza samą jego prezydenturę”.

Jak do tego doszło? Przyjrzyjmy się historii. Barack Obama został prezydentem w 2008 r. Podczas jego pierwszej kadencji obydwie izby Kongresu znajdowały się pod kontrolą demokratów. Wybory w 2010 r. dały zwycięstwo konserwatystom, zapewniając republikanom kontrolę nad Senatem. W systemie amerykańskim sędziowie federalni są nominowani przez prezydenta i zatwierdzani przez Senat. Począwszy od 2011 r. i przez pozostałą część drugiej kadencji Obamy, senatorzy republikańscy niezwykle powoli zatwierdzali nominacje sędziowskie. Kilku nominowanych przez Obamę kandydatów zrezygnowało z ubiegania się o urząd, ponieważ proces zatwierdzania ich kandydatury trwał tak długo. Do kulminacji tego trendu doszło w 2016 r., po śmierci sędziego Sądu Najwyższego Antonina Scalii. Prezydent Obama nominował centrystę, sędziego federalnego Merricka B. Garlanda. Na wiele miesięcy przed wyborami prezydenckimi 2016 r. senaccy republikanie odmówili zajęcia się nominacją, co stanowiło akt obstrukcji bez historycznego precedensu. Nominacja Garlanda wygasła w styczniu 2017, kiedy zakończyła się kadencja Kongresu. Jedenaście dni po swojej inauguracji prezydent Trump mianował na wakujące stanowisko konserwatywnego prawnika Neila Gorsucha; Senat zatwierdził jego kandydaturę w kwietniu. Od tego czasu zdominowany przez republikanów Senat okazał się niezwykle skłonny do współpracy, dzięki czemu prezydentowi Trumpowi udało się obsadzić niemalże wszystkie wolne stanowiska w sądach federalnych. Oto jak opisuję to w moim wstępniaku:

[Trump] nominował niemalże 230 sędziów federalnych, mianując sędziów prawie równie często, jak papież Franciszek ogłasza świętych. Pozostaje niewiele nieobsadzonych stanowisk sędziowskich, a jak powszechnie wiadomo, Trump wyznaczył trzech sympatyzujących z prawicą sędziów do Sądu Najwyższego, przy większości konserwatywnej w tym sądzie – 6 do 3 – niemającej precedensu w najnowszych czasach. Trudno wyobrazić sobie system sądownictwa, który z większą niechęcią podchodzi do spraw związanych z rozdziałem Kościoła od państwa.

Bez względu na swoje zamiary prezydent Biden spotka się z wrogim nastawieniem systemu sądownictwa. Należy pamiętać, że nawet przed nominacją niedawno powołanej sędzi Amy Coney Barrett, Sąd Najwyższy w istocie zneutralizował klauzulę pierwszej poprawki do Konstytucji, która zakazuje ustanawiania Kościołów państwowych oraz ściśle ogranicza powiązanie religii z rządem. Klauzula ta stanowiła zasadę, na mocy której amerykańscy rzecznicy świeckości odnieśli imponującą serię zwycięstw, począwszy od końca lat 40. ubiegłego wieku.

Po niedawnej, pożałowania godnej decyzji Sądu Najwyższego w sprawie Espinoza przeciw Izbie Skarbowej stanu Montana, która zezwala na wykorzystanie pieniędzy podatników do wsparcia szkół religijnych, klauzula ta legła w gruzach. Porzucono zasadę, którą w 1779 r. wyłożył Thomas Jefferson: „Zmuszanie kogokolwiek do przekazywania danin pieniężnych dla propagowania opinii, których nie podziela i które są mu obce, jest grzechem i tyranią”.

Podczas gdy wspomniana klauzula dogorywa, zarówno sędziowie, jak i biurokraci zgodnie przeinaczają inną klauzulę pierwszej poprawki do Konstytucji, która odnosi się do religii: klauzulę swobody religijnej. Zapobiega ona nadmiernemu ograniczaniu przez rząd praw Amerykanów do praktykowania religii. Niemniej we współczesnej praktyce sądowej rozciągnięto ją nie do poznania. W rękach prawników, takich jak sędzia Barrett, „swoboda wyznania religijnego” coraz bardziej oznacza wyobrażone prawo chrześcijan do robienia czegokolwiek, co im się żywnie podoba i domagania się przy tym bezgranicznego wsparcia publicznego.

Niezbicie sugeruje to, że nie tylko niereligijnych, lecz wszystkich Amerykanów, którzy nie są chrześcijanami, czeka - chcąc nie chcąc - powrót do statusu obywateli drugiej kategorii. Bez względu na starania przyszłego prezydenta Bidena osłabienie tego trendu będzie dla niego niezwykle trudnym zadaniem.

Tak przedstawia się stanowisko świeckiego amerykańskiego humanisty w sprawie prezydentury Bidena. Chwalę ją za obiecany powrót do racjonalnych rządów po okresie okrucieństwa i chaosu spowodowanym przez Trumpa. Umiarkowanie niepokoi mnie katolicyzm Bidena i jego publicznie okazywana pobożność, gdyż jego związki z katolicyzmem nie wróżą żadnych zagrożeń, które wystąpiłyby we współczesnej Polsce. W istocie spodziewam się, że w kwestii rozdziału Kościoła od państwa prezydent Biden sprawi się umiarkowanie dobrze, czego również oczekuję od niego w szerokim zakresie zagadnień liberalizacyjnych. Obawiam się jednak, że nie będzie to miało dużego znaczenia. Największą przeszkodą, z jaką zmierzy się Biden – większą nawet niż dziesiątki milionów szeregowych republikanów, których zdaniem ukradł wybory – będą bezprecedensowo konserwatywne sądy federalne.

Amerykański humanista cieszy się z wygranej Bidena, lecz z powściągliwym pesymizmem podchodzi do przyszłości. W trakcie prezydentury Bidena i czegokolwiek, co po niej nastąpi, dojdzie najprawdopodobniej do dalszej erozji praw obywatelskich i swobód niereligijnych Amerykanów. Może to spowodować wybuchową sytuację, w miarę jak nadal będzie rosła liczba niereligijnych Amerykanów, stanowiących już 34 procent wszystkich dorosłych w tym kraju.

Tłumaczył Tomasz Jurewicz



Tom Flynn jest redaktorem ukazującego się w Stanach Zjednoczonych czasopisma „Free Inquiry”. Jest autorem, m.in. książek: „The Trouble with Christmas” (1993), „The New Encyclopedia of Unbelief” (red., 2007) oraz „The Messiah Trilogy”, która tworzy serię antyreligijnych powieści science fiction.





Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"