[ Strona główna ]

RACJE

numer 4

Październik 2020


Andrzej Dominiczak

DEMOKRACJA "POLO"

Polak jest olbrzym, karłem jest człowiek w Polaku


Jakiś czas temu, jeszcze przed wyborami 2019 roku, prof. Janusz Czapiński, psycholog społeczny, stwierdził proroczo, że w tych wyborach “opozycja nic nie może zrobić. To jest wiatr polskiej historii. Musi się przewiać. Przeciąg musi być porządny i wrócimy do tego typu pytań może za rok, może za cztery lata. W tych wyborach nie ma żadnego ratunku dla opozycji. Ich wynik jest już przesądzony”.

Wyniki tamtych wyborów i kolejnych, prezydenckich, z lipca 2020 roku pokazały, że wiatr historii nie wieje tak mocno, jak zdawał się sądzić prof. Czapiński. W 2019 r. opozycja uzyskała blisko milion głosów więcej niż PiS z koalicjantami, tak więc partie demokratyczne mogły przejąć rządy, gdyby stworzyły wielką koalicję. Wygrana wyborcza Dudy była również problematyczna, choćby ze względu na nieuczciwą, pro-pisowską propagandę w mediach publicznych, nie o polityce w wąskim sensie tego słowa chcę tu jednak pisać. Interesuje mnie raczej, dlaczego pomimo upływu 5 lat, mimo kolejnych afer kryminalnych, bezprawia, lekceważenia pandemii i polityki nienawiści poparcie dla PiS utrzymuje się na niezmienionym poziomie. Dlaczego zatem?

Karłem jest człowiek w Polaku

Demokracja polityczna nie może istnieć bez kultury demokratycznej, a ta w Polsce nigdy nie powstała i nie zapuściła korzeni, gdy ją importowaliśmy z Unii Europejskiej w 2004 roku. Dlaczego? Przyczyn jest wiele, ale głownie - jak sądzę - dlatego, że tak właśnie, z różnych stron świata, wiatr historii wieje w Polsce od stuleci, a przynajmniej od wieku XVII, gdy katolicka kontrreformacja stłumiła w zarodku rodzący się wśród szlachty ruch protestancki z jego potencjałem emancypacyjnym i potem, w wieku XVIII, gdy nie dopuścił do umocnienia się wpływów oświecenia, które było w Polsce wtórne, rachityczne i niemal nieobecne poza kilkoma miastami i nielicznymi dworkami szlacheckimi. I tam zresztą, na co skarżyli się autorzy „Monitora”, sprowadzane z Francji dzieła Woltera czy Rousseau miały raczej świadczyć o „światowości” gospodarzy niż inspirować krytykę ówczesnych stosunków społecznych. Oświecenie – jak zauważył Marek Siemek – „nie przeorało świadomości Polaków” i nie wyłoniło polskiej odmiany człowieka oświecenia: autonomicznego, ceniącego wolność i godność osobistą. W XIX wieku Polacy – inaczej niż Holendrzy czy Francuzi – wciąż cenili siebie i innych raczej za pochodzenie niż za osobiste dokonania lub zalety. Nie odkryliśmy jeszcze wartości indywidualnej tożsamości i prawa do bycia sobą: ani społecznie, ani politycznie. To dlatego Cyprian Kamil Norwid pisał na emigracji, że „Polak jest olbrzym, a karłem jest człowiek w Polaku”. Jakm cudem ów niedorosły, niesamodzielny i nieważny (również we własnych oczach) człowiek miałby popierać i cenić system, który opiera się na uznaniu praw, wolności i równości każdego z nas. Polak nie domaga się ani nawet nie chce praw i wolności; potrzebuje raczej i poszukuje oparcia we wspólnocie – spójnej i hierarchicznej społeczności typu plemiennego z silną dwuwładzą wodza i czarownika.

Demokracja liberalna nie może istnieć w kulturze tego typu. Jest jej obca i budzi jej wrogość, nie dlatego jednak, że Polak plemienny czuł się dotąd pogardzany przez wielkomiejskie elity i nie dlatego, że przerażają go przemiany obyczajowe. Polak jako obywatel i podmiot demokratycznego państwa prawa po prostu jeszcze nie powstał i nie istnieje, ani obiektywnie, ani subiektywnie; dlatego popiera władzę, która nie troszczy się o człowieka i obywatela, tylko o naród, czy też mt narodu, zwłaszcza gdy ten występuje przeciwko jednostce i jej wolności, a czyni to chętnie, bo taka jest jego natura. Polak plemienny wierny jest włdzy silnej, która najlepiej wyraża jego wrogość i budzi jego skrywany dotąd podziw dla brutalnych i władczych; dla tych, którzy lepiej niż inni krzywdzą, poniżają i kradną. Na tym polega polska kultura drapieżnego witalizmu, kultura polityczna, w której demokracje przekształcają się w dyktatury faszystowskie.

* * *

Disco-polo to na wskroś polska odmiana muzyki popularnej; muzyki czy też muzyczki, której się nie słucha i nie przeżywa indywidualnie. Na koncertach disco-polo publiczność nie śpiewa i nie tańczy – raczej krzyczy i podskakuje. W setkach polskich miasteczek tłumy podskakują jak im Zenek zagra. Demokracja nie może istnieć we wspólnocie tego rodzaju. Potrzebna jest inna muzyka i inna wspólnota – ta sama oczywiście, ale nie taka sama.





Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"