[ Strona główna ]

RACJE

numer 3

CZERWIEC 2020


Roberto Saviani

CZYM JEST ODWIECZNY FASZYZM?




Słowo faszyzm, wypowiadane odruchowo za każdym razem, gdy mamy do czynienia z autorytarnym aktem politycznym, lub gdy jesteśmy świadkami rasistowskich lub seksistowskich zachowań, zawsze kwitowane jest w ten sam sposób: Nie przesadzajmy! A gdzie tu bandy zabijaków w czarnych koszulach, gdzie sądy specjalne (Sondergerichte)? Gdzie aresztowania, egzekucje i obozy koncentracyjne? Można by się zgodzić, że są to argumenty zasadne, gdyby ich punktem odniesienia nie był faszyzm historyczny, rozumiany jako okres rządów Mussoliniego.

Umberto Eco w eseju pt. „Wieczny faszyzm” definiuje jednak tę ideologię, nazywaną przez niego ur-faszyzmem2, jako całokształt czynów, zachowań, postaw i odruchów, które wprawdzie były charakterystycznymi elementami dynamiki faszystowskiej na początku XX wieku, ale od tamtej pory zatraciły swój historyczny kształt i dziś z niespotykaną siłą odżywają w nowych formach.

Kiedy Umberto Eco pisał swój esej, nie wiedział jeszcze nic o dzisiejszych odmianach populizmu, ale już wtedy rozpoznał niebezpieczne symptomy odradzających się w Europie autorytarnych tendencji. Szczególna wartość jego przemyśleń polega właśnie na tym, że nie porównuje on współczesnego zagrożenia do historycznej twarzy faszyzmu. Eco wyraża to jednoznacznie: Faszyzm nie jest doktryną, lecz retoryką. To rozpoznanie wynika nie tylko z jego silnej awersji wobec faszystowskiej idei, ale także z wnikliwej analizy owej retoryki, której fundamentem jest wizja utraty. Człowiekowi, który utracił wszelkie elementy własnej tożsamości – więź kulturową, pracę, swoje marzenia – nie pozostaje nic innego, jak szukać pociechy we wspólnocie etnicznej i w poczuciu przynależności do określonej grupy. Potwierdzenia szuka w pytaniach: Czy urodziłem się tam, gdzie moi sąsiedzi, w tej samej okolicy? Mam ten sam kolor skóry? Odmawiam te same modlitwy? Jeśli odpowiedzi są pozytywne, najprawdopodobniej pojawi się wspólny fundament, żyzna gleba, na której wyrastają strategie obronne wykorzystywane do wykluczania innych.

Słowa Eco w okamgnieniu stają się pochodnią rozjaśniającą tło pogrążającego całą Europę upadku wartości. Jego dojmującym wyrazem jest nienawiść szerząca się wśród dotkniętych licznymi kryzysami przedstawicieli klasy średniej, skierowana przeciw tym, którzy teoretycznie mogliby zająć ich miejsce, a więc w chwili obecnej przeciw imigrantom. Nieodłącznym elementem tej postawy jest stygmatyzowanie każdego „obcego” jako wroga. Do tej roli – po raz kolejny w historii – najlepiej nadają się Żydzi, którzy wprawdzie należą do tego samego kręgu kulturowego, ale jednocześnie zawsze najłatwiej zidentyfikować ich jako oczywistą mniejszość i przypiąć im etykietkę „innego”. Skutecznym narzędziem okazuje się tutaj cały historyczny arsenał propagandowy nazizmu i faszyzmu, wystarczy jedynie ograniczyć go do jego plutokratycznych aspektów. Dzisiaj wrogami są Żydzi z całym ich majątkiem i ich bankami; to już nie ci celebrujący krwawe święto Paschy z pieczoną bez zakwasu macą, do której wgniatają krew chrześcijańskich dzieci. Żydowska fizjonomia schodzi powoli na drugi plan, z czasem w ogóle nie będzie miała znaczenia i zostanie zastąpiona obrazem bogatego Żyda, który, jak Soros3, pociąga za sznurki świata zgodnie z własnym upodobaniem.

Krótko mówiąc, Eco w skondensowany sposób opisuje w swojej analizie niezwykle ważne rozpoznanie: Pojmowanie faszyzmu wyłącznie jako fenomenu historycznego to ogromny błąd. Jednym z przykładów jest znów popularna ostatnimi czasy definicja „narodu” – nie jest to wspólnota indywiduów, lecz tworząca masę rzesza obywateli, którzy, pozbawieni swoich praw suwerena, liczą się jeszcze tylko wtedy, gdy bezwolnie wypełniają wolę „wodza” (Führera). Każdy pogląd niezgodny z linią rządzących to zdrada; każdy intelektualista to nierób; publikacje, które nie sławią „Führera” i narodu w duchu powyższej definicji, to medialne kłamstwa (fake news), intelektualne twory kawiorowych lewicowców.

Odradzający się obecnie autorytaryzm posiada zupełnie nową dynamikę, bazującą na założeniu, że nienawiść i ukrywająca się pod maską empatii obłuda to odruchy najzupełniej „autentyczne”, a szybkie i nieprzemyślane decyzje są wyrazem kompetencji, podczas gdy rozważne działania to broń obłudników, których jedynym celem jest ogłupianie „narodu” i dbanie wyłącznie o własne interesy.

Przyjrzyjmy się przez chwilę zjawisku tzw. „zresetowania”, czyli unieważniania tych wszystkich kategorii – w tym również, a może przede wszystkim semantycznych, które stanowią swoisty punkt odniesienia, pozwalający nam lepiej zrozumieć, kim jesteśmy i skąd pochodzimy, dzięki czemu z kolei możemy podejmować autonomiczne decyzje dotyczące kierunku naszej dalszej drogi.

Spróbuję to wyjaśnić.

Często zastanawiam się, co mają na myśli politycy, którzy - jak słyszymy dziś na każdym kroku - ogłaszają śmierć wszelkich ideologii. Myślę, że ludzie posiadający własną przeszłość polityczną, zarówno ci z prawej, jak i z lewej strony, w jakimś stopniu zawsze pozostaną jej wierni, by zachować poczucie biograficznej ciągłości. Jedynie ci, którzy nie posiadają własnej historii, albo – co zdarza się jeszcze częściej – próbują ją wypierać, używają w swej argumentacji takich określeń jak „przełamywanie historycznych kategorii”. Ale co miałoby w tym wypadku oznaczać „przełamywanie”? Czym mielibyśmy zastąpić dotychczasowe kategorie, czym wypełnić pozostałe po nich polityczne luki?

Przewartościowanie pojęć, z którymi wyrastaliśmy i którym nadawaliśmy znaczenie, nie oznacza bynajmniej, że mielibyśmy reaktywować te formy polityczne, które w przeszłości zawiodły. Badając historię ludzkości, posługujemy się takimi kategoriami, które sprawdzają się przede wszystkim w elementarnym znaczeniu, tzn. ułatwiają nam zrozumienie, zapamiętywanie i przywoływanie ważnych wydarzeń i powiązań historycznych. Z wiekiem dojrzewamy, rozszerzamy i pogłębiamy naszą wiedzę, łączymy ze sobą różne fakty, dokonując nowych rozpoznań, które modyfikują nasze dotychczasowe spojrzenie na świat, i w efekcie dochodzimy czasem do wniosku, że nie z każdą teorią jest nam po drodze. Jednak na samym początku musimy mieć jakiś fundament, jakiś punkt wyjścia. Trudno mi dziś powiedzieć, jaka byłaby moja reakcja, gdybym w wieku szesnastu lat usłyszał, że „nie ma już żadnej lewicy ani prawicy; teraz jesteśmy tylko My.”

Zapewne zapytałbym wtedy: „Co oznacza to My? Kim Wy konkretnie jesteście?” Udzielenie przekonujących odpowiedzi na te pytania nie byłoby łatwe. Ktoś mógłby np. powiedzieć: „My jesteśmy tacy sami jak ty – my reprezentujemy twoje interesy.”

Ale jakim sposobem mielibyście być tacy jak ja?” – pytałbym dalej. „Ja jestem młody, jeszcze się uczę, szukam własnej drogi i chciałbym wiedzieć, czy pośród was są również tacy, którzy, oprócz bronienia moich interesów, byliby też gotowi walczyć o dobro całego społeczeństwa. Bo nawet, jeśli wybrała was tylko część narodu, to wasze kompetencje i decyzje będą miały wpływ na życie wszystkich jego członków.” W duchu takich przemyśleń jako młody człowiek oglądałem w telewizji programy przedwyborcze, ale nie po to, by zobaczyć, kto będzie bronił moich interesów, lecz po to, by zrozumieć, kim są ci ludzie, którzy mieli nas reprezentować, jakie inspirowały ich idee, i co było ich tłem historycznym. Chciałem wtedy zrozumieć, czym jest polityka, a bez tej historycznej wiedzy trwałe zakorzenienie się w realiach mojej ówczesnej rzeczywistości nie byłoby możliwe.

Zanim zastanowimy się, co mogłoby być alternatywą dla lewicy i prawicy, które rzekomo zniknęły z politycznej sceny nawet jako abstrakcyjne kategorie, spróbujmy wyjaśnić, jak rozumiemy pojęcie „polityczny” – czym jest dziś „polityczna aktywność”? Okazuje się, że atrybut „polityczny” ma zawsze podobne znaczenie i jego rozszerzenie czy modyfikacja zachodzi jedynie w obrębie specyficznych realiów społecznych. Bez względu na to, czy mamy do czynienia z miastem czy z regionem, czy jest to cały naród czy koalicja różnych państw – w każdym przypadku wszystkie działania polityczne siłą rzeczy muszą być ukierunkowane na rozpoznawanie realnych problemów i poszukiwanie konkretnych rozwiązań.

Ale gdy okazuje się, że nie wszyscy uznajemy te same problemy za równie ważne, albo gdy różnimy się w kwestii proponowanych rozwiązań, musimy ostatecznie przyznać, że ideologiczne tło polityki – a więc nasza percepcja rzeczywistości i nasze wyobrażenia o lepszym świecie mają ogromny wpływ na realne życie.

Nasuwa się zatem pytanie, czy możliwa jest synteza teorii z praktyką? Najprawdopodobniej nie, nawet jeśli założymy, że istnieją konkretne instancje, które teoretycznie byłyby w stanie spełniać nasze „pragnienia”. Jednak pewne moje wyobrażenie o tym, co wiąże się zarówno z praktyką polityczną, jak i z naszym obrazem lepszego świata, każe mi stwierdzić: Nie ma żadnej różnicy między prawami człowieka, pogardzanymi dziś bezkarnie poprzez zastraszanie ludzi wszelkiego rodzaju kłamstwami, a prawami obywatela, które niewielu polityków traktuje dziś jeszcze z należytą powagą.

Mimo trwającej od setek lat walki o te prawa najwyraźniej wciąż brakuje powszechnej świadomości, że fundamentem państwa opiekuńczego jest zasada równości dotycząca wszystkich praw, również tych, których nie wiążemy z kwestią zwykłego przetrwania i często traktujemy je tak, jak gdyby były jedynie ekscentrycznym wymysłem próżniaków z bogatych elit. Ale jeśli nagle rzeczywiście pojawiają się realne problemy egzystencjalne, wtedy członkowie elit względnie szybko zaczynają intensywnie rozmyślać nad ich rozwiązaniem (pod warunkiem, że nie zagrażają one ich życiu), wszak to nie oni są „narodem” i dlatego mają wystarczająco dużo czasu, by zajmować się ratowaniem innych. Prawa obywatela, prawa człowieka i państwo socjalne to trzy ważne filary stabilnego społeczeństwa – jeśli jeden z nich zacznie się chwiać, prędzej czy później runą także oba pozostałe.

Piszę te słowa, bo nie mogę pogodzić się z tym, że, podobnie jak Umberto Eco, nie stać mnie już na ironię. Mądrość i ironia były bowiem narzędziami, za pomocą których Eco dekonstruował banały wygłaszane przez samozwańczych obrońców narodu – ludzi, którzy nie tylko nie wierzą w elementarne wartości, ale jeszcze są z tego dumni.

Brakuje nam dziś Umberto Eco, brakuje nam jego odwagi i siły inteligencji, z jaką obnażał spiski błaznów, którzy dumnie sami określają się populistami. Brakuje nam jego odwagi w krytykowaniu świata Internetu – nie z arogancją starca, który wyśmiewa wszystko co nowe, bo nie rozumie zachodzących wokół niego zmian, lecz z przenikliwością obserwatora, który nie tylko potępia brak elementarnych reguł i zasad etycznych, ale krytykuje też ślepe przywiązanie wirtualnych platform do liczb i ich zupełną obojętność wobec wartości kultury. Sieć jest gotowa przyjąć bezkrytycznie każdą treść: rasistowskie wrzaski, wybuchy złości i piękną poezję – dopóki publikujesz na naszej platformie, jesteś mile widziany, jeśli trochę przesadzisz, najwyżej ocenzurujmy cię odrobinę. Umberto Eco rozumiał, jakie to wszystko niebezpieczne.

Tłumaczył: Andrzej Lipiński




1. Wstęp do nowego, niemieckiego książki Umberto Eco „Wieczny faszyzm“.

2. W języku niemieckim przedrostek „ur” oznacza „pierwotny”

3.George Soros – amerykański inwestor giełdowy pochodzenia węgiersko-żydowskiego, filantrop, fundator licznych fundacji, w tym Fundacji im. Stefana Batorego.


Roberto Savianowłoski pisarz i dziennikarz, autor książek Gomorra – podróż po imperium kamorry oraz Piękno i Piekło. W swoich publikacjach zajmuje się przede wszystkim organizacjami przestępczymi. Pracuje dla włoskich gazet: "L’Espresso", "Il Manifesto" oraz "Corriere del Mezzogiorno". Mimo że książka Gomorra przyniosła autorowi wielki sukces, nie uchroniło go to przed atakami mafii. Po apelu Umberto Eco i sześciu noblistów (Orhan PamukDario FoRita Levi-MontalciniDesmond TutuGünter Grass i Michaił Gorbaczow) oraz wielu innych osób, których podpisy zbierał dziennik "La Repubblica", rząd włoski przydzielił mu ochronę, a pisarz był zmuszony do opuszczenia Neapolu. Od tamtej pory musi regularnie zmieniać miejsce zamieszkania.










Racje - strona główna
Strona "Sapere Aude"